Reklama

Zachowane listy ze Starobielska

Tygodnik Echo Powiatu
15/04/2010 08:51
Karol Marian Cywiński pełnił służbę wojskową w Poznaniu, a następnie w Krotoszynie w 56 pp. W czynnej służbie pozostawał do 1937 r. Służąc w wojsku, równocześnie pracował jako lekarz internista w Kaliszu. Był znanym doktorem w tym mieście, a szczególnie jako specjalista kardiologii. Po ukończonym w Warszawie kursie specjalistycznym, jako pierwszy, zainstalował w swoim gabinecie w Kaliszu aparat elektrokardiograficzny. Był więc tym, który jako pierwszy wykonał w Kaliszu elektrokardiogram. Był dobrze zapowiadającym się naukowiec, wspieranym w swoich dążeniach i czynach przez ukochaną rodzinę, która nigdy tak naprawdę
nie pogodziła się z jego śmiercią.
W sierpniu 1939 roku został zmobilizowany jako kapitan rezerwy i ewakuowany na wschód. Wezwany kartą poboru, ale i głosem obowiązku, pozostawił ukochane żonę i 12 – letnią córkę, które uwikłane w wojenną pożogę, odtąd już same zmagały się z obliczem okrucieństwa
czasów. Z ustnych informacji świadków (do końca nie potwierdzonych) wynika, że kapitan Cywiński organizował polowe szpitale wojskowe w Równym i Rawie Ruskiej, aż w końcu trafił do Szpitala Wojskowego we Lwowie, skąd dostał się do sowieckiej niewoli.
Jako pierwszy poinformował o tym rodzinę kaliski lekarz, dr Kazimierz Kibler, który też był w tym lwowskim szpitalu, a któremu udało się uciec i powrócić do Kalisza jesienią 1939 roku. Z osobistych wspomnień żony wynika, że przebrał się w cywilne ubranie i zwyczajnie oddalił się. Namawiał do tego Karola, ale on stanowczo odmówił. Nie zdjął munduru. Stwierdził, że nie będzie udawał cywila skoro jest żołnierzem. Kazimierz Kibler wrócił do Kalisza i przekazał taką informację. A Karol Cywiński w mundurze wraz z personelem medycznym oraz pacjentami, zostali wyprowadzeni przez Rosjan przed szpital. Stąd pomaszerowali prosto do niewoli. Miejscem kaźni Karola Cywińskiego był Starobielsk. Karol Marian Cywiński wielokrotnie w listach wyrażał troskę o zdrowie żony i córki. Ze Starobielska zostały nadane przez niego dwie karty, datowane 19. listopada 1939 oraz 13. stycznia 1940 roku.
Żona przechowywała te karty, jak najcenniejszy skarb. Te dwie informacje dotarły do niej, była jeszcze depesza, ale ona zaginęła. Wyjątkowo cenne dla żony i reszty rodziny wiadomości zawierały zaledwie kilka lapidarnych słów. W tamtym czasie i w tamtych realiach sty pisali wszyscy, ale rzadko który trafiał do adresata.

Więcej w 600 numerze tygodnika Echo Powiatu.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama