Rycerz Niepokalanej, Numer Jubileuszowy 25, Styczeń 1947.
"Człowiek czynu i ofiary
- Zróbmy stół ludzi brodatych – zaproponowałem Ojcu Koblemu w czasie przerwy w obradach dorocznego Zjazdu Związku Wydawców Dzienników i Czasopism w Warszawie, na wiosnę 1938 roku.
- Chętnie – odpowiedział, lustrując z uśmiechem moją szpakowatą „łopatę”, która nie mogła równać się z jego pięknie rozsypującą się brodą, przypominającą skrzydła kruka.
Obrady Związku Wydawców odbywały się w zasobnych salach Resursy Kupieckiej przy ulicy Senatorskiej. „Śniadanie” mogło zastąpić obiad i kolację, a wydawcy, to wiadomo, naród jeść kochający, przeto i nastrój był radosny.
Siedzieliśmy przy stoliku we trójkę z trzecim brodatym „w klinek”, świetnym myślicielem i pisarzem, dyrektorem Zakładów Św. Wojciecha w Poznaniu, inż. Szczepanem Jeleńskim. Nie pamiętam cośmy jedli, ale pamiętam żeśmy nie pili. Pamiętam o tym dlatego, że ja chętnie byłbym coś wypił, ale moi współbiesiadnicy zdecydowanymi ruchami kieliszki poodsuwali.
Rozmowa była niezwykle ciekawa. Dyrektor Jeleń, doskonały znawca przemysłu poligraficznego, formułował interesujące pytania. Ojciec Kolbe odpowiadał, wykazując znakomitą znajomość branży. Ze swoich osobistych doświadczeń nie robił tajemnicy. Dzielił się chętnie. Na pytania odpowiadał jak gdyby z zażenowaniem, że to właśnie on zna te wszystkie problemy.
Mówiąc o kulturalnym zacofaniu szerokich, a ubogich rzesz polskich wsi i miast, oraz o potrzebie szerzenia wiedzy i uświadomienia drukowanym słowem, w lapidarny sposób formułował oryginalne, a trafne uwagi o roli kierowniczych zespołów.
- Mieszkać można i w barakach, lecz słowo, kształtujące ducha ludzkiego, należy drukować na najnowocześniejszych maszynach i w największych łatwo dostępnych ilościach.
Wartościowa, a tania książka znajdzie licznych nabywców. Człowiek pracujący nie ma czasu na czytanie lichoty.
Tak mówił ten nowoczesny zakonnik.
W następnym, 1939 roku, spotkaliśmy się znowu na Zjeździe. Siedzieliśmy obok siebie w czasie przedpołudniowych obrad, a w czasie przerwy, w tym samym gronie, przy śniadaniu.
Ale spokojna pogawędka była już niemożliwa. Osobowość O. Kolbego interesowała szerokie kręgi wydawców i ludzi pióra. „Mały Dziennik” brał się już za bary z wielkimi dziennikami, potentatami rynku wydawniczego. Ta „pięciogroszówka” spędzała sen z oczu niejednego wydawniczego „rekina”. Skromny franciszkanin z Niepokalanowa niepokoił i straszył…
Był to, ponad wszelką wątpliwość, człowiek czynu. Filozof-teoretyk, a jednocześnie genialny praktyk; samorodny organizator; z Bożej łaski budowniczy; pisarz i wydawca, zecer, drukarz i kolporter; twórca podwarszawskiego Niepokalanowa i podobnego Niepokalanowa w Japonii (Mugenzai no Sono); zdobywca drukarni-kolosa i radiostacji; werbownik setek tysięcy światłych prenumeratorów „Rycerza Niepokalanej” – a przy tym wszystkim ascetyczny i chorowity zakonnik.
Do stołu przysiadali się coraz to nowi rozmówcy. Jedni odchodzili, inni przysuwali się. Sypały się pytania, dowcipy, uwagi. O. Kolbe odpowiadał wszystkim uprzejmie i rzeczowo. Był prosty i radosny. Żadnej pozy ani sztuczności w nim nie było. W sposobie jego mówienia wyrażało się jak gdyby zdziwienie i zażenowanie. W ruchu charakteryzowało go lekkie przechylanie głowy. Naturalna powaga i zniewalający uśmiech młodzieńczy ust pociągały do tego człowieka w habicie.
Po zakończeniu obrad żegnaliśmy się:
- Do widzenia! Do zobaczenia za rok – przy czy O. Kolbe gratulował mi wyboru na sędziego Związku Wydawców.
- Roboty powinien pan mieć pełne ręce – powiedział z uśmiechem.
Nie za rok spotkaliśmy się, lecz za dwa lata, w obozie śmierci, w Oświęcimiu. Roboty istotnie miałem pełne ręce; pracowałem przy budowie i naprawie dróg na terenie tego obozu.
Nie pamiętam dobrze, czy to był koniec czerwca czy początek lipca 1941 roku. Po wieczornym apelu spotkało mnie coś takiego, co dziś jeszcze dreszcz wywołuje i budzi odrazę. Wracałem skonany z wysiłku i głodu do mojego ósmego bloku, gdy nagle wyrósł przede mną SS-man, coś zabełkotał i grożąc kijem zapędził w dwuszereg stojących opodal więźniów. Pognano nas raźno po 28 (szpital) blok i objaśniono, że mamy nosić trupy do krematorium.
Przeżyłem od owego czasu sporo lat, przez pierwszą wojnę światową przeszedłem, ale tak się składało, że nigdy nie dotknąłem trupa. A tu rozkazano mi, wspólnie z drugim więźniem, włożyć dwa trupy do drewnianego koryta, przypominającego narzędzie używane przez rzeźników do parzenia zakłutych świń.
Spojrzałem na trupa. Był to młody, nagi człowiek z rozbitym podbrzuszem, z nogami ociekającymi krwią, wykręconymi w tył rękami, opuchniętą szyją i twarzą, w której zastygł niewysłowiony ból.
Zadrżałem; zdawało mi się, że mdleję. SS-man krzyknął.
- Bierzmy bracie – usłyszałem czyjś spokojny głos. Przez ułamek sekundy zdawało mi się, że ten głos znam.
Z najwyższą odrazą wziąłem za skrwawione nogi, mój towarzysz za ręce i i powoli złożyliśmy zwłoki do koryta. Potem drugi podobny zwłok ułożyliśmy głową w przeciwną stronę, nakryliśmy koryto pokrywą i pod komendą SS-mana ponieśliśmy tę obozową trumnę.
Moje samopoczucie było okropne. Ręce mi omdlewały. Trepy spadały z nóg. Myślałem, że lepiej byłoby mi leżeć już w tym korycie…
Nagle usłyszałem słowa półgłosem, równo wypowiadane przez dźwigającego ze mną więźnia:
- Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami…
Jakby prąd jakiś przeszył mnie dogłębnie i wszelką ściągnął ze mnie niemoc. Krzepko trzymałem ucha koryta.
Makabryczny kondukt ciągnął się przez obóz, przez bramę z zakłamanym napisem „Arbeit macht frei”, obok pomieszczeń komendy obozu, do krematorium. Był to pierwszy dopiero tego rodzaju budynek, mały, z płaskim dachem, z którego wiatr rwał w górę, dym z wysokiego komina i zwycięską chorągiew z „hakenkreuzem”.
W krematoryjnym holu trzeba było trupy wyjąć, złożyć na stosie innych zwłok, na wznak, równo, biodro przy biodrze, grzbiet na piersi. Trzeba było podyktować Niemcowi numer wypisany chemicznym ołówkiem na piersi przyniesionych nieboszczyków. Błędne podanie numeru stawało się nieraz przyczyną tragicznych zdarzeń. Rodzina otrzymywała depeszę o śmierci więźnia, gdy tymczasem on żył. Toteż za taką pomyłkę rozstrzeliwano.
Wreszcie chciało się zobaczyć ten niemiecki „katafalk”, te czynne wówczas dwa promieniste, ruchome ruszty, na których spalano ciała więźniów poległych w obozie, i tę technikę hitlerowską, i to dochodowe kłamstwo z popiołami spalonych ciał…
Ogarniał szał… Mąciły się myśli. Wynosiliśmy z towarzyszem puste koryto. Drżałem cały. Sztywniały mi nogi. A towarzysz delikatnie popychał koryto, a z nim i mnie, idącego na przedzie. Gdyśmy próg przeszli, usłyszałem wyraziste, przyciszone słowa:
- Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…
Skąd ja znam ten głos?
- A Słowo – ciałem się stało…
To był franciszkanin z Niepokalanowa, O. Maksymilian Kolbe.
Nie pamiętam dnia, bo tam tylko najważniejsze daty można było spamiętać, np. datę wybicia zębów lub złamania żebra, ale to był koniec lipca 1941 roku. Spotkaliśmy się z O. Kolbem na 20 bloku, jako chorzy. On leżał na dolnej pryczy przy drzwiach prowadzących do tej szpitalnej hali. Ja otrzymałem legowisko po drugiej stronie tej samej kolumny trzypiętrowych prycz, obok ciężko chorego działacza PPS śp. Norberta Barlickiego. O obecności O. Kolbego na Sali chorych zawiadomił mnie śp. adwokat Jan Pożarski, radca prawny Związku Wydawców Dzienników i Czasopism.
O zmroku podpełzłem do pryczy O. Maksymiliana. Rzewne to było powitanie. Wymieniliśmy kilka zdań na temat owej krematoryjnej ohydy. Potem milczeliśmy. Patrzyłem na wymizerowaną twarz, trudną do poznania, bez brody. Płonące oczy świadczyłty o gorączce. Nie chciałem go męczyć. Ale chciałem mu tak dużo powiedzieć…
Ośmielił mnie. Była to spowiedź.
To co ja mówiłem, było żalem i buntem. Ja chciałem żyć!
To co on mówił było głębokie i proste. Przede wszystkim niezachwiana wiara w zwycięstwo Dobra.
- NIENAWIŚĆ NIE JEST SIŁĄ TWÓRCZĄ. SIŁĄ TWÓRCZĄ JEST MIŁOŚĆ – szeptał, ściskają moją rękę swoją rozpaloną dłonią.
- NIE ZMOGĄ NAS TE CIERPIENIA, TYLKO PRZETOPIĄ I ZAHARTUJĄ. WIELKICH TRZEBA OFIAR NASZYCH, ABY ODKUPIĆ SZCZĘŚCIE I POKOJOWE ŻYCIE TYCH, CO PO NAS BĘDĄ…
Coraz mocniej ściskał moją rękę, a szept jego o wszechmocy i miłosierdziu Bożym krzepił mnie i przywracał siły. Tylko słowa o odpuszczaniu win katom naszym i odpłacaniu dobrem za zło, napotykały we mnie na upór…
Przez kilka dni z rzędu podchodziłem do pryczy O. Maksymiliana. Rozmawialiśmy bez słów. Nocami skierowywałem do niego więźniów oczekujących – jak i ja – śmierci i pragnących religijnej pociechy.
Aż przyszedł dzień, w którym widziałem go po raz ostatni. Odbywała się „czystka szpitala”. Komendant bloku szpitalnego, Niemiec Peter, z zawodu ślusarz – szalał. Dostawał takich „napadów” co pewien czas. Z cynicznym uśmiechem na wąskich ustach biegał od pryczy do pryczy, udawał lekarza, mierzył gorączkę, lecz nie na termometr patrzył, a na twarz więźnia. Szukał „uniwersyteckich” twarzy. Ten karłowaty człowiek nienawidził wykształconych Polaków.
W tym dniu sierpniowym wyrzucił ze szpitala Ojca Maksymiliana. Wyrzucił i mnie.
Oczekując na odzież i przydział do bloków pracy staliśmy na dworze między 21 i 22 blokiem, ja pod jedną, a O. Kolbe pod przeciwległą ścianą. Wpatrywałem się w niego i zdawało mi się, ze chce mi coś powiedzieć. Wykorzystałem nieuwagę Niemca i podszedłem. O. Kolbe ścisnął mi rękę i powiedział wyraziście:
- Opiece Niepokalanej polecam.
Ryk Niemca pognał mnie na poprzednie miejsce. Patrzyłem długo jeszcze na O. Maksymiliana Kolbego i takim go już zawsze widzę. Lekko, jak gdyby przekornie przechylona głowa, krótko ostrzyżona, ze śladami siwizny, głębokie oczodoły z płonącymi węglami oczu, zapadnięte policzki, regularny nos, mocno zarysowana, z tydzień niegolona broda, a pod nią młodzieńcze usta, rozchylone wszystko wybaczającym uśmiechem. Z krótkiej granatowej koszuli sterczały wyschnięte ręce i przeraźliwie chude nogi.
Wywołano mój numer. Odchodziłem.
- Do widzenia – krzyknąłem w jego stronę.
Patrzył w przestrzeń i uśmiechnął się.
Niewiele dni później, w tym samym miesiącu sierpniu ofiarował się O. Maksymilian Kolbe na dobrowolną śmierć za innego więźnia, ojca nieletnich dzieci.
Fakt ten nabiera właściwego wyrazu przy wszechstronnej analizie atmosfery życia w obozie. Nie zamierzam szczegółowo rozpatrywać tego skomplikowanego zagadnienia. Stwierdzę tylko, że Niemcy potrafili zepchnąć bytowanie więźniów w obozie oświęcimskim na najniższy poziom egoizmu i nienawiści. Walka o życie była bezlitosna. Wszystko – za kawałek chleba. Byle żyć, byle przetrwać! Nie było wówczas paczek. Zupa z mielonych kości na wodzie i około 200 gramów chleba na dobę stanowiło podstawę pożywienia. Ilustracją psycho-fizycznego stanu ludzi może być fakt, że więzień, prokurator z zawodu, skradł w nocy kromkę chleba innemu więźniowi, z kieszeni bluzy ułożonej pod głową…
W tych warunkach, przy zmieszaniu więźniów politycznych z notorycznymi przestępcami i skazanymi zbrodniarzami, przy nieustannym podpuszczaniu przez Niemców i ich zauszników, jednego więźnia przeciwko drugiemu, przy niespotykanym dawniej i gdzie indziej splugawieniu myśli, uczuć i mowy – człowiek istotnie stawał się człowiekowi wilkiem.
W takim stanie nastrojów przyszło samoofiarowanie się O. Maksymiliana.
- To było rozładowanie atmosfery, uderzenie pioruna; to wywołało wielki wstrząs moralny w całym obozie – tak mówi przyrodnik, kończący obecnie wydział medyczny w Warszawie, po pięciu latach obozu, Nicet Franciszek Włodarski.
Znam dobrze Włodarskiego. Byłem w obozie, gdy go wieszano na słupie i inne kary stosowano za jego prostolinijność, prawdomówność i ludzki stosunek do bliźniego. Włodarski stał na owym dramatycznym apelu, niedaleko O. Maksymiliana, w tym samym bloku, z którego komendant Fritsch, w otoczeniu katowskiej świty, wybierał dziesięciu więźniów na śmierć za rzekomą ucieczkę jednego więźnia z tego właśnie bloku rekonwalescentów. Włodarski opowiada, że nie mógł opanować drżenia w całym ciele, gdy komendant Fritsch – świdrującymi oczami przebiegał szeregi stojących więźniów z bloku rekonwalescentów i wypatrywał ofiary na śmierć.
- Boże, żeby tylko nie mnie – huczało w głowie. Nie mnie, sąsiada, kogo innego, byle nie mnie. To takie proste…
A gdy jeden z wybranych, młody więzień, wychodząc z szeregu jęczał:
- Och, moje biedne dzieci, moja żono, co z wami się stanie – i gdy O. Maksymilian Kolbe nieoczekiwanie wystąpił przed szeregi i donośnym głosem powiedział:
- Chcę za niego umrzeć! – zastygły na chwilę serca.
Niemcy osłupieli. To było ponad szablon. Blok jakby skamieniał. Dzwoniło w uszach, a myśli zdawały się rozrywać czaszkę.
- Czy to możliwe? A więc może znaleźć się człowiek, Polak, który – nie kawałek chleba, nie kilka łyżek zupy z dna miski, ale SWOJE ŻYCIE oddaje, aby uratować życie drugiego więźnia?!...
W moralnej atmosferze obozu fakt ten wywołał głęboki, dobroczynny wstrząs. Jak fale, przez rzucony na głębinę kamień wywołane, potoczył się ten wstrząs moralny z bloku na blok, ze sztuby na sztubę, z serca do serca…
Byłem wówczas na chirurgicznym bloku Nr 21a, a o zdarzeniu tym opowiedział mi dyrektor powiatowego szpitala z Tarnowa, dr Wilhelm Turschmid, który jak więzień kierował „salą operacyjną” na tym bloku i miał łatwość poruszania się po całym obozie.
Temat „ksiądz Kolbe z Niepokalanowa” był wówczas roztrząsany wszechstronnie. Wypowiedziano i taką opinię, że była to po prostu ze strony O. Kolbego ucieczka od męki powolnego konania w obozie, okazja do skrócenia i tak już kończących się dni jego żywota.
Znamienny i ciekawy był pogląd na tę sprawę doświadczonego, starego lekarza dra Turschmida, wypowiedziany w dyskusji, której uważnie słuchałem. Mówił o mniej więcej tak:
- Ksiądz Kolbe miał wszelkie szanse i podstawy do nadziei, że z Oświęcimia wyjdzie. Był na bloku rekonwalescentów. Nie pracował. Miał wielu przyjaciół. Mówił po niemiecku, a nawet mógł dostać funkcję na bloku. Mógł trwać. Nie miał przeto powodu uciekać od życia. Sił żywotnych miał o wiele więcej niż każdy z nas.
- Ale był słaby, leżał w szpitalu , gorączkował – stwierdził młody lekarz z Dąbrowy Górniczej, dr Babicki.
- Zgadzam się – ciągnął dr Turschmid – był wyczerpany więzieniem i fizyczną pracą w obozie; gorączkował, bo miał zmiany w płucach. Z takimi zmianami żyją ludzie przez dziesiątki lat. Odpoczął w szpitalu, a gdy go Peter wyrzucił, odpoczywał na bloku rekonwalescentów. Czuł się tam dobrze, o ile w ogóle ktoś może się czuć dobrze w takim obozie wyniszczającym.
- Mówią więźniowie z tego bloku, że innych na duchu podtrzymywał, a chleb swój nierzadko innym rozdawał - wtrącił któryś.
- Wierzę – mówił dalej dr Turschmid – przecie to kapłan jak się pokazało, nie byle jaki. Ale teraz zważmy, że komendant Fritsch wybierał na śmierć nie cherlaków przecie, nie obozowych „muzułmanów”, tylko ludzi silniejszych i zdrowszych. Przypuśćmy, że ksiądz Kolbe był wśród tych dziesięciu nieszczęśników najsłabszym. Cóż się jednakowoż okazało? Oto towarzysze księdza po 2-3 dniach pobytu w bunkrze śmierci, skonali! A on żył. Żył wiele dni. Zobaczcie ten bunkier, ten loch śmierci. Co rana otwierano drzwi katorżniczej komórki, aby zabrać jego zwłoki i codziennie znajdowano go siedzącego, żywego, uśmiechającego się…
- To prawda – ktoś potwierdził.
- Tak było przez szereg dni. Przecie SS-mani nie mogli nadziwować się z żywotności i powiedzmy wyraźnie: z nieziemskiej siły tego człowieka. To ich dziwiło, zastanawiało i drażniło. To wychodziło poza szablon. Postanowili w końcu wbić mu igłę śmiercionośnej strzykawki…
- I wtedy jeszcze uśmiechał się – powiedział poważnie dr Babicki.
Nie uczestniczyłem w tej rozmowie. Stałe wśród dyskutujących, słuchałem i chciało mi się płakać. Ale łez już wówczas nie miałem. W moich duchowym bilansie podkreśliłem pozycję O. Maksymiliana Kolbego i, w poczuciu mojej wewnętrznej pewności i słuszności, zaliczyłem tego Człowieka Czynu i Ofiary, do moich świętych. "
Józef Stemler
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze