Wehikuł czasu Od kilku miesięcy Jerzy Hoffman kręci film „Bitwa Warszawska 1920”. W obsadzie wielu znanych aktorów, m.in. Bogusław Linda, Natasza Urbańska, Daniel Olbrychski, Ewa Wiśniewska, Stanisława Celińska, Wojciech Pszoniak, Michał Żebrowski czy Jerzy Bończak, a wśród nich sochaczewianie. Chodzi o Muzealną Grupę Rekonstrukcji Historycznej im. II batalionu 18 pułku piechoty, działającą przy Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą. O podzielenie się swoimi wrażeniami z czytelnikami „Ziemi Sochaczewskiej” poprosiliśmy jednego z jej członków będącego asystentem muzealnym Jakuba Wojewodę. - Jak to się stało, że znaleźliście się na planie filmu Hoffmana? - W ubiegłym roku dotarła do nas informacja, że będzie kręcony film dotyczący bitwy warszawskiej 1920 roku. Zostało o tym poinformowane polskie środowisko rekonstrukcyjne za pośrednictwem portalu dobroni.pl. Za pośrednictwem Pawła Rozdżestwieńskiego, którego produkcja „Bitwy warszawskiej 1920 r.” powołała na konsultanta ds. rekonstrukcji historycznej , poszukiwano grup mogących zagrać w tym filmie. My, tworząc nasza grupę 3 lata temu, założyliśmy wyposażenie w mundury wzoru 1919, których Wojsko Polskie używało podczas wojny 1920 i 1939 r. Uniwersalizm tego munduru zaowocował tym, że jesteśmy w stanie wystawić 20-25 osobowy oddział żołnierzy WP walczących na frontach obu wojen. Produkcja filmu poszukiwała grup rekonstrukcji historycznej, ponieważ tworzą je ludzie, którzy posiadają własne mundury i sprzęt, potrafią go obsługiwać, np. ładować broń i strzelać, znają musztrę. A jest to oczywiście obce zwykłemu statyście, którego dopiero trzeba by było wszystkiego uczyć. My wysłaliśmy portfolio członków naszej grupy, zestawienie imprez które organizowaliśmy,i braliśmy udział (prawie 100 w ciągu 3 lat) i od razu zostaliśmy przyjęci w pełnym składzie. - Rozumiem, że grup rekonstrukcyjnych jest więcej ? - Środowisko grup zapowiedzi rekonstrukcji historycznej w Polsce jest bardzo liczne, cechuje je różna jakość i zaangażowanie. Do tej pory na planie filmu wzięło udział pięć takich grup z różnych miast w Polsce. W wielu scenach biorą też udział grupy kawaleryjskie – jeździeckie i kaskaderskie. My nie jeździmy konno, odtwarzamy oczywiście, piechotę (II batalion 18 pułku piechoty), przyjęci zostaliśmy, jak już wspomniałem, gdyż nasza grupa została dostrzeżona poprzez swoją prężną działalność i jakość odtwarzanych przez nas postaci. Takich grup jak nasza zgłosiło się bardzo dużo. Chodzi o to, że epizodysta czy rekonstruktor, biorący udział w filmie, musi posiadać w 100 proc. własny sprzęt. Nam, w ciągu kilku lat działalności, udało się ten sprzęt zgromadzić. - Proszę powiedzieć coś o swojej roli, bo, z tego co wiem, nie występuje pan w filmie jako jeden z członków grupy rekonstrukcyjnej. - Zostałem zatrudniony na cały okres produkcji filmu, czyli do końca września 2010 r., jako asystent scenografa ds. militariów i koni. Było to dla mnie dość niespodziewane, gdy nagle odebrałem telefon z produkcji filmu. Na początku myślałem po prostu, że chodzi o jakieś ustalenia dotyczące występu grupy, a okazało się, że zaproszono mnie na rozmowę, podczas której właśnie zaproponowano mi pracę asystenta ze względu na wykonywany przeze mnie zawód historyka i doświadczenie w realizacji widowisk i wystaw historycznych. - Na czym dokładnie polega ta praca? - Odpowiadam za wyposażenie aktorów statystów i epizodystów w rekwizyty militarne na planie. Pomagam też kostiumografom, biorę udział przy ubieraniu i wyposażaniu aktorów do scen pierwszoplanowych. Staram się też pomagać w scenografii, czyli pewnych ustawieniach. Aktualnie np., na bazie archiwów, zdjęć z okresu I wojny światowej, projektuje okopy, bo w takiej scenerii właśnie będzie kręcony element walki na linii obrony Warszawy. Praktycznie współpracuję jako historyk ze wszystkimi pionami i środowiskami filmu.
- A czy sochaczewska grupa rekonstrukcyjna też pozostanie do końca na planie filmu? - Właściwie tak. Tutaj istnieje taka zasada, żeby za bardzo nie „ograć twarzy”, czyli nie występować za często, chyba że w scenach, gdzie jest się drugim czy trzecim tłem. Chłopaki z Sochaczewa, z naszej grupy, grali scenę z Nataszą Urbańską, która uczy się strzelać z karabinu maszynowego i tutaj te twarze zostały ograne bardzo blisko, bo to był pierwszy plan. W takich sytuacjach niektórzy nie mogą pojawić się po raz kolejny w filmie. - W jakich miejscowościach kręciliście ujęcia? - W Muzeum Wsi Lubelskiej, w Skansenie w Suchej między Siedlcami a Węgrowem, w Warszawie, Modlinie, Piotrkowie Trybunalskim – bardzo ciekawe plenery. - Na czym polega kręcenie filmu w technice 3D? Czy wygląda to jakoś inaczej? - Nie jestem niestety ekspertem w tej dziedzinie z tego co wiem, kręci się podobnie, tylko innym sprzętem - nowoczesnymi kamerami. W tej technice w Polsce powstaje film po raz pierwszy. Pozwala ona na łatwe stosowanie tzw. multiplikacji, polegającej na zwiększaniu liczby obiektów na ekranie. Przykładowo można nagrać 60 koni, a później pokazać, że było ich 150. Umożliwiają to pewne techniki komputerowe. - Czy coś szczególnie ciekawego wydarzyło się na planie? - Dla mnie jest to w ogóle nowość, bo pierwszy raz w życiu pracuję w ekipie filmowej. Jest to całkiem nowe doświadczenie i doznanie. Niektóre rzeczy mnie dziwią i zaskakują, bo to bardzo ciekawa forma pracy. Do tej pory z filmem stykałem się tylko jako epizodysta. Tu jest inaczej. Na pewno fascynująca jest bliskość tego obrazu, który się potem przenosi na ekran. Nakręcenie z kilku kamer jakiegoś momentu obserwowanego później przeze mnie w kinie. Wiem, że będę patrzył nań innym okiem, posiadając wiedzę na temat jego powstawania. Niesamowita jest też dla mnie bliskość wielkiej ilości koni. Ponad 100 tych zwierząt, które skupione są na małym kawałeczku, obsadzone przez jeźdźców, to naprawdę niezwykły widok. Do filmu zestawiono autentyczne działa w zaprzęgach 6 konnych, po planie suną czołgi Renault FT-17. Czasami człowiek jak gdyby przenosi się w czasie. Jeśli jakaś nowoczesność nie zaburza tła, często można poczuć się jak w wehikule czasu. I ja podróżuję nim, zanim jeszcze film wejdzie na kinowe ekrany, dlatego na pewno będę go odbierał inaczej niż pozostali widzowie. - Co jeszcze wywarło na panu szczególne wrażenie? - Jestem pod wielkim wrażeniem kaskaderów konnych, w ogóle jeźdźców od pana Andrzeja Kostrzewy. Jest to człowiek, który zapewnia na planie filmowym częściowo konie i ma grupę jeździecką. Ci młodzi chłopcy w wieku 20-30 lat jeżdżą po prostu jak przyklejeni, potrafią w każdej chwili położyć konia czy spaść z niego. Była kręcona np. scena szarży jazdy bolszewickiej. Centralnie ta szarża szła na kamerę. Obserwując to zza kamery, wszyscy zastanawiali się, czy oni się wyrobią w nakreślonym dla nich ciągu komunikacyjnym - pomiędzy kamerami i na wąskim mostku. Dali radę. To było niesamowite. To autentycznie-wyższa szkoła jazdy. - A jeśli chodzi o kontakt z aktorami? - Mam z nimi kontakt bezpośredni, bo, jak wspominałem, pomagam kostiumologom w ubieraniu aktorów w stroje militarne. Prowadzimy ze sobą bezpośrednie rozmowy. Jesteśmy wszyscy razem i współpracujemy ze sobą. Cała ekipa filmowa to jeden krąg, który się zamyka i każdy jest do czegoś potrzebny. - Jaki jest Bogusław Linda? - Wedle mnie jest dokładnie takim samym facetem jak odtwarzane przez niego postacie w filmach – bardzo naturalny i bezpośredni, zawsze uśmiechnięty. Inni zresztą też. Nie ma tam aktorów, którzy „gwiazdują”. - A reżyser? - Pan Jerzy Hoffman to niesamowity człowiek, o bardzo dużej kulturze osobistej, przyjacielski i otwarty. Mając sporo okazji do rozmów z nim na tematy historyczne, mogę stwierdzić, że to fachowiec najwyższej klasy. W ogóle cieszę się, że mogę pracować z takimi ludźmi jak Jerzy Hoffman, Andrzej Haliński, Andrzej Szenajch, Sławomir Idziak- najlepszymi fachowcami w branży. - Dziękuję za rozmowę. Małgorzata Pałuba
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Brawo chłopaki!