Relacja ze STONED FROM THE UNDERGROUND

Sochaczew Kultura Muzyka A A A

Relacja ze STONED FROM THE UNDERGROUND

2010-07-24, godz. 14:21


Relacja ze STONED FROM THE UNDERGROUND
Przez dwa gorące lipcowe dni w Niemczech, kilka kilometrów od miasta Erfurt odbywał się jeden z większych i zarazem ciekawszych festiwali Stoner Rockowych w Europie, jeśli nie na świecie.
Była to już X edycja tego festiwalu, a tegoroczny zestaw zespołów tam grających przedstawiał się wręcz niebywale.


09.07
Całość miła miejsce ok. ..20 km.. za Erfurtem. Gdy dotarłem na miejsce wraz z grupą znajomych zastanawiałem się tylko - Gdzie ja jestem? Tu jest niesamowicie!!
Zaparkowaliśmy samochód na polu namiotowym a widok rozpościerający się dookoła był niemal surrealistyczny. Całe pole namiotowe to kawał pustkowia, nie dającego ani centymetra cienia, na które słońce grzało niemiłosiernie przez cały czas.
Po jednej stronie znajdowało się wielkie jezioro, na którego sąsiednim brzegu pośród wydm piachu leniwie kręciły się wiatraki energotwórcze, a po drugiej wielkie pole zboża rozciągające się aż po horyzont.
Po rozstawieniu namiotów i ogólnym rzuceniu okiem na okolicę udaliśmy się na teren festiwalu oddalony o kilkadziesiąt metrów od pola namiotowego.
Nie była to jakaś olbrzymia przestrzeń gdyż cały festiwal zorganizowany został dla ok. 2000 osób.
Na środku rozstawiony był dosyć spory namiot ze sceną, mieszczący ok. 1000 osób, a za nim niewielki pagórek cały czas oblegany przez ludzi, z którego równie dobrze można było oglądać koncerty. Dookoła porozstawiane były stoiska z płytami, koszulkami i innymi gadżetami. Było ich naprawdę sporo. Każde stoisko reprezentowało inną wytwórnię a ilość dostępnych płyt o których dostaniu w Polsce można jedynie pomarzyć była naprawdę zadziwiająca.
Ludzie, którzy wyglądali jak żywcem wyjęci z lat 70-tych chodzili w tą i powrotem paląc jointy i nie przejmując się niczym.
Do rozpoczęcia koncertów było jeszcze kilka godzin, więc poszliśmy zaznać kilku błogich chwil w jeziorze. Po tylu godzinach wyczerpującej podróży chłodna woda jeziora dała nam prawdziwe ukojenie. Ale mniejsza o to nie, pojechaliśmy tam przecież moczyć dupska w wodzie.
Wreszcie ok. godziny 17.00 rozbrzmiały ze sceny pierwsze dźwięki. Festiwal rozpoczął koncert naszych dobrych znajomych, czyli LUNA NEGRA z którymi to a zarazem dzięki którym tutaj przyjechaliśmy.
............Pod namiotem nie zebrało się jeszcze zbyt wiele osób, zaledwie kilka przechadzających się bądź siedzących na ziemi kilkuosobowych grupek.
Chłopaki zaczęli swój kosmiczno- piaszczysty występ z grubej rury numerem 'Gun', potem wrócili do wydanego ok. rok temu dema utworami 'Canyon Diablo' i 'Blue Bird'.
Z każdym numerem ludzi schodziło się coraz więcej i klimat powoli się rozkręcał, z tego co pamiętam jako następne poleciały numery jak: 'Universal Leaf’s Land', 'Echo Elephant' i 'Head'.
Koncert wypadł naprawdę świetnie, wreszcie chłopaki mieli okazję zagrać z dobrym nagłośnieniem i dla tylu osób czających klimat.
Nie był to jednak ich pierwszy koncert w Niemczech, ok. miesiąc wcześniej grali razem z Asteroid i Truckfighters w Poczdamie dzięki czemu część zebranych ludzi wyraźnie już ich znała.
Ich występ nie należał do zbyt długich ale na całym festiwalu wszystkie zespoły oprócz tych głównych miały bardzo ograniczony czas sceniczny.
Ok. 20 minut przerwy i na scenie pojawił się kolejny zespół czyli SAMSARA BLUES EXPERIMENT. Jako, że zespół pochodzi z Niemiec dość sporo osób zebrało się by ich posłuchać. S.B.E to kapela bardzo młoda, która całkiem niedawno wydała swoją debiutancką płytę.
Pozostaliśmy więc w klimatach kosmicznych, choć zespół zaprezentował raczej swoje cięższe oblicze pozostawiając luźne improwizacje kilka lat świetlnych w tyle.
Było sporo przestrzeni jak i zdartych rockowych riffów podanych w kosmicznej psychodelicznej otoczce
Ogólnie im dalej w koncert tym lepiej a najlepsze numery zostawili na sam koniec.
Po również niezbyt długim występie przyszedł czas na kolejną kapelę, był nią szwedzki KONGH. Niestety muszę stwierdzić, że był to jeden ze słabszych występów tego festiwalu. Słuchanie ich koncertu zajęło mi zaledwie kilka minut. Niby miało być ciężko i tajemniczo, ale podobnych zespołów słyszałem już setki. Powolne, niestety nudne riffy i wokalista, który był mroczny jak ujadający dzieciak na zakupach z mamą, nie przykuły mojej uwagi na zbyt długo i poszedłem oglądać płyty oraz chłonąć klimat miejsca.
Zespołów na festiwalu występowało blisko 20, więc zmieniały się one błyskawicznie.
............Kolejna kapela to WINNEBAGO DEAL, cały ten zespól to zaledwie dwóch muzyków, gitarzysto- wokalista i perkusista.
Niby tylko dwie osoby ale energii w ich muzyce starczyło by za sześciu, W.D. to surowa rock& rollowo- punk rockowa mieszanka, która na żywo naprawdę robiła wrażenie.
Obaj muzycy swojego czasu byli członkami Mondo Generator, nagrali też epkę z Nebulą, więc zespół nie urwał się znikąd.
Atmosfera na ich koncercie była już naprawdę podgrzana i na pewno nie zamierzała się ochładzać, wręcz przeciwnie prawdziwa impreza dopiero miała się zacząć…
Znowu chwila przerwy na rozstawienie sprzętu i kolejny koncert.
Tym razem jako następna wyszła już kapela o wiele większego formatu i to właśnie na ten koncert czekałem najbardziej.
............Prosto z pustynnych kalifornijskich bezkresów przybyła legenda 'desert rockowej' sceny, czyli YAWNING MAN. Osobiście mam na tą kapelę kompletnego świra i jeszcze zanim zaczęli grac ustawiłem się pod samą sceną, ale jeszcze wcześniej, udało mi się chwilę pogadać z ich gitarzystą, Garym Arce, który przechadzał się między ludźmi.
Zespół na tej trasie występuje w nieco zmienionym składzie: Mario Laliego zastępuje młody basista o imieniu Zach, trochę szkoda bo styl Lalliego jest nie do podrobienia ale jak się okazało Zach dawał radę cały koncert.
Jako, że Yawning Man niedawno wydał pierwszą od pięciu lat płytę swój koncert zaczęli materiałem właśnie z niej, poleciały 'Camel Tow', i jeśli dobrze pamiętam to 'Far-Off Adventure' i 'Ground Swell' już od pierwszych dźwięków było wiadomo że obcowanie z ich muzyką na żywo to coś czego nie da rady opisać słowami, to przeżycie bardziej duchowe, które zapada na długo w pamięć.
Nie byłem jeszcze obeznany z ich nową płytą, którą zakupiłem niebawem po koncercie lecz nowe numery brzmiały naprawdę niesamowicie.
Kiedy wrócili do kawałków z poprzedniej płyty „Rock Formations” po prostu oniemiałem. Najpierw tytułowy „Rock Formations”, potem zagrany w połowie zmienionej niemal improwizowanej wersji „Stoney Lonesome” następnie jeden z moich ulubionych kawałków czyli „Airport Boulevard i „Perpetual Oyster”.
Za zespołem wyświetlane były malownicze pustynne krajobrazy które w połączeniu z ich muzyką przeniosły mnie w zupełnie inny stan umysłu.
Ten koncert uważam absolutnie za największą perełkę tego festiwalu pisać bym mógł o nim długo lecz w to co działo się na scenie później wręcz trudno uwierzyć.
Zapadł już zmrok namiot zdążył wypełnić się po brzegi i przyszedł czas na gwiazdę festiwalu.
Ten projekt to tylko jedna trasa i jedyna okazja by zobaczyć to na żywo, mowa tu o projekcie GARCIA PLAYS KYUSS, czyli coś o czym kiedyś nawet nie śmiałem marzyć.
............Dla wyjaśnienia powiem, że cała rzecz polega na tym, iż wokalista legendarnego Kyussa, który nie istnieje od 1995 roku zebrał swoich kolegów z zespołów takich jak Arsenal czy Cellestial Season i postanowił wskrzesić tylko na jedną trasę dźwięki od dawna drzemiące jedynie na płytach.
Kyuss jest od lat moją kapelą numer jeden, która zawsze miała na mnie przeogromny wpływ i na wieść, że będę maił okazję posłuchać ich numerów na żywo zareagowałem niemal ze łzami szczęścia w oczach.
Jednak nie dałem się do końca ponieść, gdyż z drugiej strony nie jestem zwolennikiem reaktywacji. Jeszcze pamiętam ten lekki niesmak jaki czułem po koncercie reaktywowanego Alice In Chains w Warszawie.
Choć Garcia Plays Kyuss nie jest do końca reaktywacją starałem się nie obiecywać sobie za wiele po tym koncercie.
Na początek zespół wyszedł bez Garcii prezentując instrumentalny kawałek „Molten Universe” i zanim zdążyłem cokolwiek usłyszeć zostałem przygnieciony do barierek z taką siłą jakby wszyscy pod namiotem zwalili się prosto na mnie.
Przy drugim kawałku jakim był otwierający płytę Blues For The Red Sun „Thumb” udało mi się znaleźć znacznie lepsze miejsce.
Jak dało się od razu zauważyć zespół brzmiał inaczej niż klasyczny Kyuss i można było odczuć różnicę zarówno w brzmieniu jak i sposobie grania numerów, ale jak już mówiłem spodziewałem się tego i starałem się przymrużyć na to oko.
Ci, którzy spodziewali się poczuć jak na koncercie Kyussa w latach 90tych mogli od razu iść na piwo i dać sobie spokój, bo nie do końca o to tu chodziło.
Jak sam John Garcia powiedział, daje sporo wolności muzykom w interpretacji tych numerów.
Setlista to głownie największe hity takie jak ”Soopa Scoopa And Mighty Scoop”, „Demon Cleaner” czy „One Inch Man”, lecz koncert był na tyle długi, że starczyło czasu na nieco mniej znane numery takie jak niesamowity „Whitewater”, „Allens Wrench”, „Gardenia” oraz „Spaceship Landing”, mimo, iż świetny to jednak czegoś pozbawiony.
W sumie ok. piętnastu dobrze znanych numerów.
John Garcia jako wokalista wypadł naprawdę świetnie, ani jednej wpadki, wszystko czysto no i ten jego niepowtarzalny głos.
Na scenie utrzymywał świetny klimat, będąc nieco zgryźliwym dla ludzi i rzucając złośliwe żarty, głownie o tym, że co to za festiwal skoro w powietrzu nie unosi się zapach trawki (byłem innego zdania, widocznie do niego nie dolatywało).
Kyuss to właściwie same świetne numery, które na żywo brzmią naprawdę przestrzennie i potężnie, więc o złym koncercie nie mogło być mowy i pomysł na zorganizowanie takiej trasy z innymi muzykami uważam za świetny, nawet lepszy niż zwykła reaktywacja, która w tym wypadku nie miała by sensu.
Garcia sięgnął nawet do jeszcze jednego swojego projektu grając numer „Pilot The Dune” z repertuaru Slo Burn. Potem jeszcze największy przebój czyli „Green Machine” i muzycy zeszli ze sceny.
Muszę przyznać, że byłem pod ogromnym wrażeniem tego co zobaczyłem na scenie. Wraz ze swoją paczką postanowiliśmy nieco ochłonąć i udać się na pobliskie wzgórze za polem namiotowym odpocząć i wypić kilka zimnych piw.
W tym czasie koncert zaczął kolejny zespół, PETER PAN SPEEDROCK lecz z tego co słyszeliśmy nie straciliśmy wiele siedząc w tym czasie na górze.
Co prawda ta kapela była zaznaczona jako jeden z ważniejszych zespołów na festiwalu lecz ich występ spokojnie można było sobie darować, nie było to nic poza prostym szpanerskim Rock And Rollem do potupania nóżką.
Był to ostatni koncert pierwszego dnia festiwalu, po nim do rana pod namiotem urzędował Dj. Walter puszczając muzykę, i nie było na co narzekać gdyż zabawiał ludzi do 4.00 rano i nie puścił właściwie żadnego złego numeru, podtrzymując klimat festiwalu starym rockiem z lat 70tych jak i Fu Manchu, Kyussem czy Slo Burnem.

10.07
Piekący skwar obudził mnie rano w namiocie, wybiegłem z niego i wskoczyłem do jeziora, spędziłem tam jakiś czas i poszedłem zobaczyć jak tam wybudza się pozostała część drużyny.
Czas coś zjeść i do reszty się rozbudzić.
Koncerty tego dnia zaczynały się ok. godziny 15.00.
Jako pierwszy wystąpił Holenderski THE MACHINE .Niepozornie wyglądających czterech chłopaków dało naprawdę świetny koncert.
The Machine wydało niedawno swoją drugą płytę i od niej właśnie zaczęli występ tytułowym kawałkiem „Solar Corona”. Zaczęło się ciężko i riffowo ale przez sporą część koncertu nie zabrakło też luźnych psychodelicznych jamów, nie sposób nie porównać ich a zwłaszcza sposobu gry gitarzysty do niemieckiego Colour Haze do którego to sporo w ich muzyce było nawiązań.
Ich numery trwają nieraz po kilkanaście minut więc jest w nich czas aby trochę poimprowizować jak i wpaść w ciężki riffowy trans, muzyka The Machine jest w większości instrumentalna, wokal pojawia się raczej rzadko ale w ich przypadku nie jest on zbyt istotny.
Koncert spodobał mi się na tyle, że później sięgnąłem po płytę.
Następny pokazał się zespół HIGHWAY CHILD i atmosfera zrobiła się naprawdę hippisowska.
Ich muzyka zatrzymała się gdzieś na początku lat 70tych, zaczęli swój koncert od znanego coveru Mc5 „Kick Out The Jams” grając go niezwykle wiarygodnie, zwłaszcza wokalista swoim głosem bardzo pasuje do tamtych czasów.
Przez ich muzykę przemawiała głównie wolność i luz, co pasowało do ogólnego klimatu miejsca i świetnie się ich słuchało.
Było sporo klimatu spod znaku Lynyrd Skynyrd czy Grand Funk Railroad. Generalnie bardzo mi się podobało, trzymali poziom.
Pozostaliśmy dalej w klimatach Rock And Rollowych za sprawą Greckiej kapeli NIGHTSTALKER, będącej dość ciekawym projektem w skład którego wchodzą muzycy z black metalowej kapeli Rotting Christ.
Do metalu tutaj im jednak daleko, Nightstalker to proste rockowe riffowe granie spod znaku Monster Magnet.
Zaprezentowali kawałki z obu swoich płyt w tym wydanej niedawno „Superfreak” przewyższającej o wiele swoją poprzedniczkę.
To co spodobało mi się najbardziej na ich koncercie to naprawdę fajne brzmienie dzięki któremu każdy riff brzmiał bardzo konkretnie, no i ciekawa barwa głosu wokalisty który jednak na płytach brzmi o wiele lepiej.
Tutaj śpiewał jakby półgębkiem przez co nawet takie numery jak „Baby God Is Dead” czy „Just A Burn” w porównaniu z wersjami płytowymi wypadały trochę niemrawo.
Z wód jeziora wyrwał mnie koncert bezlitosnych metalowców z THE SAVIOURS, to kapela już z nieco dłuższym stażem mająca na swym koncie już trzy płyty.
Szczerze mówiąc słabo znałem wcześniej ich twórczość więc ten koncert był dla mnie sporym zaskoczeniem.
The Savious pędzili do przodu trzymając poziom i napięcie przez cały koncert nawiązując swoją muzyka do klasyki Thrash Metalu czy takich kapel jak Motorhead.
Nie pamiętam dokładnie jakie numery grali gdyż wszedłem na ich koncert gdzieś tak w połowie jego trwania, jednak wiem że na pewno nie zabrakło mojego faworyta czyli „We roam” oraz „Acid Hand” czy „Burning Cross” z nowej płyty.
Po tym jak The Saviours skopało tyłki ludziom pod sceną wyszła kapela jeszcze cięższa i bardziej ekstremalna czyli BLACK COBRA jednak nigdy za nimi jakoś nie przepadałem więc poszedłem nad brzegiem jeziora razem z chłopakami z Luna Negra pokontemplować sytuację, odpocząć i wyluzować -zresztą stamtąd wszystko było dobrze słychać.
Potem przyszedł czas na niskie i masywne tony jakie przywiózł ze sobą zespół WEEDEATER.
Ich dźwięki naprawdę zatrzęsły namiotem a wrzaskliwy głos wokalisty którego prawie nie było widać spod czapki i zza gęstej brody którą wymachiwał przy każdym numerze brzmiał jak z innego świata.
Jako wizualizacja wyświetlany był jakiś film klasy b w którym pełno było wybuchów, ognia i rozwalających się samochodów ścigających się po pustynnych wydmach, nie skojarzyłem co to za film ale nieważne, świetnie pasował do ich potężnej muzyki.
Na koniec występu wokalista podziękował ludziom podkreślając że to miejsce jest niesamowite w czym całkowicie przyznaję mu racje.
No i tego dnia również przyszedł czas na występ zespołów oczekiwanych najbardziej.
Około godziny 23.00 pojawił się na scenie BRANT BJORK, czyli kolejny z członków legendarnego Kyussa oraz Fu Manchu obecny na festiwalu.
Wciąż będąc pod wrażeniem jakie zrobił na mnie jego koncert we Wrocławskim Firleju pod koniec marca miałem okazję zobaczyć go jeszcze raz.
Mimo iż miałem wrażenie że we Wrocławiu dał naprawdę dobry koncert już przy pierwszym numerze zrozumiałem że to jeszcze było nic w porównaniu co Brant Bjork jest w stanie pokazać tutaj.
O wiele lepsze nagłośnienie, lepszy dźwięk, klimat, ludzie, miejsce no i kontakt zespołu z publicznością sprawiły że ten koncert był czymś absolutnie nieporównywalnym.
Z Branta Bjorka wyszedł prawdziwy Rock And Rolowy Demon, zachowywał się na scenie jakby dźwięki które wydobywa z gitary wprowadzały go w jakiś magiczny trans, gitarzysta Brandon Henderson który we Wrocławiu wyglądał jakby chciał się schować, tutaj szalał po scenie, biegał i gadał z ludźmi.
Również Billy i Giampaolo prezentowali się niezwykle żywiołowo.
Widać, że Niemcy lubią ich a i oni lubią grać w Niemczech.
No i jeszcze jeden ważny atrybut koncertu którego bardzo zabrakło mi we Wrocławiu to film „Sabbia” puszczony z tyłu jako wizualizacja, po prostu świetny pomysł: te pustynne pejzaże tutaj dodatkowo przerywane kilkoma skate boardowymi zdjęciami dodawały koncertowi jeszcze większej energii.
Ogólnie zespół zaprezentował się wręcz niesamowicie, jak prawdziwy muzyczny huragan.
Setlista przedstawiała się bardzo podobnie jak we Wrocławiu, zaczęli „Freaks Of Nature” potem „Dr.Special”, „Low Desert Punk”, „Oblivion”, z nowej płyty tak jak i wtedy „Littre Word”, „Somewhere Some Woman”, „Porto” i „Future Rock (We Got It)” zabrakło jedynie „Radio Mecca”.
Z Jalamanty zagrali niesamowity „Lazy Bones” od razu zmieniający się w „Automatic Fantastic” oraz „Too many Chiefs Not Enough Indians” jak i wiele innych świetnych numerów.
Potem z pustyni zostaliśmy wsadzeni w statek kosmiczny.
Na scenie zaczął rozstawiać się UFOMAMMUT, który niczym wielki głaz zamknął swoim koncertem tego roczną edycję Stoned From The Underground.
Ich również miałem okazję już oglądać na zeszłorocznej edycji Asymmetry Festiwal również we Wrocławskim Firleju, jednak w między czasie zespół zdążył wydać nową płytę i niezwykle ciekawe było zobaczyć ich znowu.
Zaczęli numerem z poprzedniej płyty Idolum „Hellectric”.
Ich muzyka na żywo to naprawdę niezwykłe przeżycie, totalna psychodelia opierająca się na samych niskich tonach połączona z hipnotyczną wizualizacją nikogo nie pozostawią obojętnym na ich twórczość.
Urlo miotał się po scenie ze swoją wielką basówą emitującą dźwięki z innej planety, co chwila wykrzykując coś niezrozumiałego do mikrofonu.
Drugim numerem był długi kilkudziesięciominutowy „Eve” będący jednocześnie całą ich nową płytą.
Później muzycy na chwile zeszli ze sceny by potem wrócić i zaprezentować jeszcze jeden ze swoich starszych numerów „God” z drugiej płyty jak i „Stardog” z Idolum
Ufomammut. Na żywo to prawdziwy dźwiękowy kolos, przez więkrzośc koncertu stałęm pod sceną lecz w pewnym momencie odszedłem za namiot, położyłem się na ziemi i patrzyłem w gwiazdy które tworzyły dla mnie świetną wizualizację do ich koncertu.
Potem jeszcze mowa od organizatorów kończąca festiwal z której nic nie zrozumiałem i tak jak dnia poprzedniego do 4.00 rano pod namiotem znów zabawiał ludzi dj. Walter.
Kolejnego dnia rano zaczęliśmy zwijać namioty i szykować się do odjazdu, jeszcze chwila w jeziorze i zostawialiśmy teren festiwalu daleko w tyle, co nie oznaczało wcale końca moich koncertowych wrażeń tego dnia…

Szymon „JohNy sKy” Kaim


Share |

Zobacz więcej:

www: www.kulturka.e-sochaczew.pl
Źródło: Kulturka


zgłoś naruszenie powiadom znajomego


komentuj  wydrukuj 

Zobacz komentarze (0)


Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu. Chcesz być pierwszy?

dodaj swój komentarz




Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.





Reklama

TWÓJ KOMENTARZ

Nie pozostawaj bierny, zabierz głos w dyskusji - napisz co myślisz. Każdy komentarz jest cenny.

komentuj