Reklama

Podróż po Afryce

Tygodnik Echo Powiatu
01/04/2010 15:46
Afryka, drugi co do wielkości kontynent świata, położony na południe od nas, po obu stronach równika, w większości na półkuli wschodniej. Wraz z Europą i Azją, z którą łączy go wąski Przesmyk Sueski (ok. 120 km), zaliczany jest do Starego Świata. Od zachodu oblewają go wody Oceanu Atlantyckiego, od wschodu Oceanu Indyjskiego oraz Morza Czerwonego. Na północy śródlądowe Morze Śródziemne oddziela Afrykę od Europy.
Afryka niewątpliwie jest ciekawym kontynentem, wartym bliższego poznania, przyciąga bogactwem swojej przyrody i kultury. Jest miejscem, do którego warto wybrać się w dłuższą podróż. Z myślą o tych, którzy chcą wiedzieć więcej na temat tego egzotycznego kraju przedstawiamy opowieść podróżnika Marcina Kruczyka.
W październiku 2007 roku grupa złożona z czterech osób (Janusz Mostowski, Wojtek Wojciechowicz, Andrzej Rengwalski, oraz Marcin w roli przewodnika) wybrała się w podróż po krajach Afryki południowo-wschodniej.
W tym wydaniu naszego tygodnika Marcin opowiada o Safari w Parku Narodowym Ngorongoro, przygodach jakie spotkały uczestników na Zanzibarze i przeżyciach jakie dostarczyła wycieczka w góry Usumbara.


Safari
W 2007r. podczas jednej ze swoich wypraw wziąłem udział w safari w okolicach jeziora Manyara i krateru Ngorongoro. Tanzańczycy utworzyli tam parki narodowe i pilnują tych terenów przed kłusownikami. Zwierzęta czują się bezpiecznie i jest ich tam bardzo dużo, więc zachodni turysta może łatwo w ciągu kilku dni zobaczyć typowe dla afrykańskich sawann gatunki. Największe wrażenie wywarł na nas krater. Szeroki na 16km i długi na 20km, odizolowany od reszty lądu ścianami wygasłego przed 3mln. lat wulkanu, stał się schronieniem dla kilku tysięcy gatunków afrykańskiej fauny. Dwa emocjonujące dni, które tam spędziliśmy, poświęciliśmy na oglądanie lwów, gnu, słoni, żyraf, hien, strusi, hipopotamów, zebr, bawołów i wielu innych zwierząt. Jeździliśmy jeepem z otwieranym dachem i podziwialiśmy afrykańską przyrodę z bardzo bliska. Zwierzęta przyzwyczajone są do turystów i nie uciekają na widok samochodu, więc mogliśmy się im przyjrzeć naprawdę z bliska. O nasze bezpieczeństwo dbał przewodnik-kierowca, który miał dużą wiedzę na temat zwyczajów zwierząt i chętnie się nią dzielił. Słuchaliśmy opowieści o mambach, które potrafią zaatakować człowieka, o bawołach, które uchodzą za najbardziej niebezpieczne zwierzęta Czarnego Lądu o gepardach, które najszybciej na ziemii się poruszają...
Pierwszego dnia safari ugryzła mnie mucha tse-tse. Po lekturze “Tomka na Czarnym Lądzie” wiedziałem, że to nie przelewki i że ta przygoda może skończyć się tragicznie. Na szczęście tylko ok 1% tych owadów przenosi śpiączkę afrykańską. Tym razem miałem szczęście.
Drugiego dnia zatrzymaliśmy się na obiad nad jeziorkiem pełnym hipopotamów. Przewodnik poprosił nas, żebyśmy nie wychodzili z samochodu z jedzeniem i nie wyrzucali resztek, bo może to wabić zwierzęta. Andrzej jednak nie potrafił usiedzieć na miejscu i wysiadł z samochodu trzymając w ręku udko kurczaka. Chwilę później podleciał jastrząb i wyrwał mu to udko z ręki... Jak widać na brak wrażeń nie można było narzekać.

Zanzibar
Inną atrakcją wyprawy z 2007r była Perła Oceanu Indyjskiego, czyli Zanzibar. Wyspa bardzo znana z plantacji przypraw, przede wszystkim pieprzu i wanilii, a poza tym to właśnie w Stone Town na Zanzibarze urodził się leader legendarnego zespołu Queen - Freddie Mercury.
W Dar es Salam kupiliśmy bilety na prom na wyspę. Okazało się, że mimo, że Zanzibar jest terytorium należącym do Tanzanii, to zachował taką autonomię, że żeby się tam dostać, trzeba przejść odprawę paszportową. Gdy już kapitan upewnił się, że mamy paszporty, mogliśmy w końcu wsiąść na prom.
Podróż mijała spokojnie, żeby nie powiedzieć nudno. Statek bardzo się przechylał, a niczym niezabezpieczone samochody wesoło stukały obijając się o siebie nawzajem. Do Stonetown - stolicy Zanzibaru dopłynęliśmy po zmroku. Mieliśmy zamiar dojść do hotelu kierując się książką-przewodnikiem, ale jeden z czekających na brzegu chłopców namawiał nas, że nas tam zaprowadzi, oczywiście za ""Secial Price For You My Friend"". W końcu stanęło na tym, że zapłacimy, tyle ile będziemi chieli. Chłopak wraz z kilkoma kolegami prowadzał nas po wąskich uliczkach Zanzibaru dobre 40 minut. Myśleliśmy, że za nic nie trafilibyśmy sami do hotelu. Klaustrofobiczne chodniki pomiedzy wysokimi na 3 kondygnacje, poobdrapywanymi budynkami sprawiały wrażenie labiryntu. Efekt potęgował jeszcze fakt, że uliczki nie były oświetlone, tylko na niektórych placykach zagubionych gdzieś w gąszczu kamienic można było spotkać laternie. Chłopcy bardzo szybko szli. Nie byliśmy w stanie zapamiętać drogi, którą przebyliśmy od portu, w ogole mieliśmy problem, żeby dotrzymać im kroku. Gdy w końcu dotarliśmy do hotelu, daliśmy naszemu przewdonikowi spory napiwek za to, że tak sprawnie doprowadził nas na miejsce. Następnego dnia okazało się, że dojście do portu zajmuje trzy minuty...
W Stonetown spędziliśmy cały dzień. Było to dosyć ciekawe, bo właśnie skończył się Raamadan i muzułmanie świętowali. Piliśmy więc sok z trzciny cukrowej na zmianę z obrzydliwym rumem i podziwialiśmy uroki miasta. Następnego dnia wyruszyliśmy do Nungui. Tamtejsza plaża okazała się być najbrudniejszą, jaką w życiu widziałem. Mimo to znaleźliśmy tam coś godnego uwagi. Cały dzień spędziliśmy na fotografowaniu miejscowych rybaków poprawiających sieci podczas odpływu i przygotowujących kutry, do ponownego wyjscia w morze.

Lushoto
Podczas każdej wyprawy, poza oglądaniem tradycyjnych, turystycznych atrakcji, staram się dotrzeć również do miejsc trochę bardziej “prawdziwych”, gdzie ludzie na co dzień turystów nie spotykają. Nie inaczej było w Afryce.
Do miasteczka Lushoto dojechaliśmy koło południa. Od razu widać było różnicę między komercyjnymi atrakcjami, z jakimi mieliśmy do czynienia do tej pory, a dzikimi górami Usumbara. Ludzie dużo ubożsi, ale za to mniej natrętni, przyjmowali nas jak gości. Można było z nimi szczerze i sympatycznie porozmawiać i człowiek nie odnosił wrażenia, że chcą go oskubać. Mężczyźni siedzieli na targu, zachwalali swoje produkty, zachęcali do kupowania, kobiety z koszami na głowach i dziećmi w zawiniątkach na plecach chodziły małymi alejkami targu i robiły zakupy. Wszystko to tworzyło piękny, kolorowy obrazek i aż trudno nam było opuścić targ. Chcieliśmy jednak też poobcować trochę z przyrodą, ruszyliśmy więc w góry. Wyszliśmy na punkt widokowy, z którego rozciągała się piękna panorama na Równinę Masajów. Widok przypominał nieco mapę. Siedzieliśmy nad przepaścią, a przed nami rozciągała się idealnie płaska równina z “zaznaczonymi” miasteczkami, rzeczkami, jeziorami, drogami, etc. Trafiliśmy też na plantacje kawy, trzciny cukrowej i bananowców.
Naszą największą ciekawość wzbudziła jednak willa - opuszczona i zaniedbana. Na tynku było widać resztki czerwonej farby, wejście ozdobione dwiema kolumnami, okiennice drewniane, ciężkie, wzmocnione żeliwnymi okuciami. Wystrój surowy, na dodatek wszystko bardzo zniszczone, ale gołym okiem dało się zauważyć, że w czasach świetności był to przepiękny budynek. Zaczęliśmy się zastanawiać skąd taki dom w tych górach. Okazało się, że jest to dawna posiadłość jednego z około 300 oficerów niemieckich, którzy przybyli tutaj zaraz po wojnie. Założyli oni latyfundia i zmuszali miejscową ludność do pracy w sadach. Jednak już w 1948 roku Tanzańczycy się zbuntowali, wzniecili powstanie i wypędzili okupantów.

M. Ozimek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama