Reklama

Maraton w Dębnie

Klub Maratończyka Aktywni
20/04/2012 22:17
Zapraszamy do przeczytania relacji z Maratonu w Dębnie. Autorami są Jacek Hreczański i Tomasz Szypszak. Zawodnicy KM Aktywni Sochaczew.

Relacja Jacka:

Największy mój problem to jak zacząć do czego nawiązać i jak nazwać ten tekst. Początków było kilka a finał jest jeden mój maraton w Dębnie, i ten krótki tekst o tym będzie.

Myślę że każdy z biegaczy powinien choć raz w życiu wybrać się do Dębna jak Arabowie do Mekki tak my do Dębna i to z kilku powodów. Dla Korony, dla proporczyka, żeby go przebiec, żeby zaliczyć, poczuć tę atmosferę święta biegowego i myślę że powodów znalazło by się jeszcze kilka. Teraz jak już tu byłem ta lista jeszcze się wydłużyła. Tak jak napisałem to będzie moje Dębno. Co mnie najbardziej urzekło że banda biegających wariatów po lesie potrafi być tak cudowna bezinteresowna i wspaniała. (o nich jeszcze za chwile). Ale nie tylko oni, stokrotne dzięki dla wolontariuszy, dla was wszystkich tych na punktach odżywczych, w stołówce, w depozycie , masażystki, wydające pakiety regeneracyjne, tych które nas dekorowały (w tych głosach było słychać że gratulacje były szczere i pełne podziwu), i tych które podawały folię do okrycia dla was wszystkich wasza praca jest cudowna wspaniała i potrzebna - Dziękujemy.
Po przekroczeniu linii mety udekorowaniu i okryciu zapytałem gdzie jest masaż tym razem nie usłyszałem że gdzieś tam i machnięcia ręką w jakimś nieokreślonym kierunku tylko „ ja pana zaprowadzę” Jeśli kogoś nie wymieniłem proszę o wybaczenie. Oczywiście organizatorzy mają swoją nagrodę we frekwencji i im też dziękuje kawał dobrej roboty wiele miast w Polsce mogło by się od was uczyć zwłaszcza gościnności i atmosfery.
Warto było wydać 40 zł za możliwość spania na plebanii za te pieniądze dostałem miejsce w pokoju dwuosobowym, czyste łazienki i prysznice bez żadnych kolejek oraz fantastyczną kobietę prowadzącą kiosk w Oratorium jej optymizm udzielał się wszystkim.
A teraz trochę o tych którzy deptali te asfalty w okolicach Dębna. W którymś z wpisów na moim blogu napisałem że my biegający jesteśmy jacyś inni i podpisuje się pod tym dwoma rękami, jesteśmy inni jesteśmy lepsi nie żebym próbował nas wywyższać ale spróbujcie nas poznać i sami zobaczycie. To prawda że potrafimy opowiadać o bieganiu przez cały czas no ale trzeba mieć jakieś małe wady. My mamy pasję którą się zaraziliśmy mam nadzieje na całe życie. Dziękuję wszystkim nowo poznanym maratończykom za ten cudowny dzień oczywiście starym znajomym też dziękuje.

A lista podziękowań zaczęła się od banalnej rozmowy (przypadkowo o bieganiu) i jakoś mi się wymknęło że zapomniałem koszulki bez rękawów a chciałem w takiej pobiec, i usłyszałem wiesz ja mam dwie to dam Ci jedną (Biegacz z Poznania) dzięki. Prezent przyjąłem z wielką chęcią i ochota zrewanżowałem się stawiając herbatę. Czyli miałem coś pożyczonego a właściwie dostanego i wiedziałem że to jest dobry znak. Kolejny sygnał mój współbiegacz przygotował sobie profesjonalną rozpiskę dystans/czas 3.40, 3.30, 3.20 i to był kolejny sygnał że bogowie lubią biegaczy a sam nie wiedział dlaczego ma ją w dwóch egzemplarzach. Kolejny to pogoda która nie zawiodła. A teraz o samym biegu. Start był zaplanowany na 11, po wyjściu na rozgrzewkę okazało się że jest na tyle ciepło że już wiedziałem biegnę na krótko. Krótkie rozmowy i zmierzamy na linie startu w dobrych nastrojach choć po wszystkich widać to napięcie i tą chęć żeby już być na trasie. Jako że planowałem powalczyć o życiówkę to ustawiłem się ok. 15 sekund za linią startu. Od samego początku byłem mocno skupiony żeby nie dać się ponieść tej fali euforii ze startu i pierwsze dwa kilometry biegłem w tempie 4,45. Pierwsze kasowanie garmina i pierwszy dylemat czy 3,30 czy jednak marzenie w postaci 200 minut. Decyzja ok. spróbujemy i bieg w tempie ok. 4,40 wykorzystując ukształtowanie terenu jak lekko pod górkę to lekko odpuszczam jak równo to równo a jak już z górki to hulaj dusza i 4,30 i tak zaczynają znikać pierwsze białe tabliczki. Biegnie się dobrze ale jeszcze nie daje się ponieść emocją jestem skupiony nie gadam tylko słucham i słyszę za plecami dialog „cześć, cześć co słychać i takie tam i sakramentalne pytanie to który to już twój maraton 42 a twój 70 a pamiętasz jak zaczynaliśmy razem „Myślę sobie lepiej się nie wychylać z tym swoim czwartym i biegnę dalej mimowolnie podsłuchując. Może jak będę w ich wieku to też będzie się czym pochwalić a grupa to była M 50. Pierwsze rozmowy zaczynają się ok. 10 km dobieram sobie osobę której tempo mi pasuje jest to biegacz z Murowanej Gośliny i okazuje się niezłym gadułą i razem przebiegamy kolejnych 10 km tempo nadal dobre trochę poniżej 4,40. Na ok. 12 km pierwszy żel i woda oraz gąbka w punkcie odżywczym. Zaczynają się żółte tabliczki pożegnałem się z pierwszym moim dzisiejszym pacemakerem i lecę dalej. Biegnie się dobrze ale maraton wygrywa się głową a nogi to tylko narzędzie. Nauczony złymi doświadczeniami z poprzedniego Poznania biegnę cały czas kontrolując tempo nie dać się ponieść emocją. Zbliżmy się do półmetka ale ja wiem że to dopiero połowa i to lżejsza. Za połową dochodzi mnie mój kolejny dzisiejszy pacemaker tym razem z Poznania choć to jego drugi maraton zachowuje się jak profesjonalny trener. Biegniemy razem skupieni ,przed punktami odżywczymi wymieniamy się miejscami żeby sobie nie przeszkadzać i nie wybijać się z rytmu. Trochę rozmawiamy ale tylko o strategii na dzisiaj, pytania typu czy to ty przyśpieszyłeś czy ja zwolniłem i kilka razy słyszę magiczne słowo „nie szarżuj”. Nadal biegnie się dobrze tempo ok. 4,40 chwilami trochę szybciej. Mijamy razem drugi nawrót wiemy że teraz każdy kolejny krok zbliża nas do upragnionej mety. Na agrafce widzimy zwycięzców biegu i mamy świadomość że nie zdublowali nas. Zaczynają się zielone tabliczki i już wiem że widzę je ostatni raz dzisiaj. I wiem że dopiero tutaj się zaczyna mój maraton. Na około 36 km ostatni żel z serii trzech przewidziany na dzisiaj. Ta cyfra mnie dzisiaj prześladuje już wiem że w wyniku będzie z 3 z przodu, odwiedzam trzy razy las (grzybów jeszcze nie ma) wtedy opuszcza mnie mój ostatni peacemaker i czeka mnie już do samotność długodystansowca. Zaczynam się bać wiem że do mety zostało kilka kilometrów. Zbliżam się do przedostatniego punktu kontrolnego i widzę zegar szybka kalkulacja, wiem że nawet jak teraz padnę to i tak poprawię swoją życiówkę idąc nawet na rękach. Jestem zmęczony ale to chyba normalne po przebiegnięciu tych 38 km jak na razie. Mam niecałe 23 minuty na przebiegnięcie tych 4 400 metrów już wiem że będzie bolało. Kolejny raz łapie czas na garminie i po kilkudziesięciu metrach sprawdzam średnią, nauczyłem się tej sztuczki na którymś z długich wybiegań początkowo łapie okrążenie co godzinę a później co 10 minut żeby było łatwiej sobie wyobrazić że jeszcze tylko chwilka i już koniec lub następne okrążenie. I tak zmierzam w stronę mety mija pierwszy kilometr średnia 4,50 jest dobrze ale jeszcze trochę przede mną zaczyna się wiatr w twarz staram się o tym nie myśleć myślę czy gdzieś tam w oddali już ktoś mi buduje ścianę czy rozwaga i ponad 1000 km przebiegnięte na treningach przesunęło tą ścianę już za linie mety. Kolejny kilometr wiem że za chwilkę zobaczę ceny paliwa na Statoil i jeśli one mnie nie zabiją to będzie to znak że jeszcze trochę i zbliża się koniec .40 km tempo spada wynosi teraz 5,03 straciłem 13 sekund na kilometrze. Walczę dalej wiatr nadal wieje ale zaczyna się pojawiać coraz więcej kibiców w oddali widzę przedostatnia tabliczkę z cyfrą 41 udaje się utrzymać tępo 5,01 jeszcze kilometr i linia mety. Na moich oczach rozgrywa się prawdziwy dramat widzę jak organizatorzy sprowadzają z trasy i sadzają na ławce biegacza później sprawdziłem były to jego ostatnie metry nie dobiegł do linii mety choć tak niewiele mu brakowało. Słyszę coraz wyraźniej komentatora wiem że jestem blisko wiem że jest życiówka wybiegam z za zakrętu widzę zegar ostatni zryw ostatnie metry już wiem że tym razem ściana czekała za linią mety. Wiem że mam życiówkę wiem że spełniłem swoje marzenie związane z maratonem zejść poniżej 200 minut zrobiłem to. Jestem szczęśliwy. Dostaję medal okrywają mnie folią zostaje zaprowadzony na masaż idę zjeść przepyszny posiłek popity celowo przesłodzoną kawą jak ona smakowała. Wracam na plebanie doprowadzić się do porządku, teraz zaczyna się czas na fetowanie mojego małego zwycięstwa. Biorę telefon do ręki są 3 sms-y (a nie mówiłem że mnie ta cyfra wtedy prześladowała) wszystkie z wynikami i już wiem na pewno. Dzwonie do osób mi najbliższych do mojego Guru biegowego do siostry i klubowiczów którzy dziś walczyli w Łodzi bo to też ich sukces. A oto treść sms-a pierwsza cyfra to 3 kolejna to 19 i ostatnie dwie to 00. Zrobiłem to!!! Przebiegnięcie Maratonu w Dębnie zajęło mi 199 minut.

PS. Poza mną w Dębnie biegli jeszcze :
Grzesiek Kozłowski
Janek Kocimski
Tomek Szypszak
Oraz który nie ukończył niestety biegu Matysiak Paweł
Oraz cudowna ekipa z Błonia Ewelina , Darek ,Witek oraz Artur


Relacja Tomka:

39 Maraton w Dębnie dnia 15-04-2012 odwiedziło czterech Aktywnych w osobach Janka Kocimskiego, Jacka Hreczańskiego, Tomka Szypszaka oraz świeżo upieczonego klubowicza Pawła Matysiaka.

Nasi biegacze malutkie Dębno odwiedzili dzień wcześniej, zajmując swoje kwatery oraz pobierając pakiety startowe. Wieczorem oczywiście nie mogli pominąć pasta party, gdzie można było skosztować pysznego makaronu z mięsem oraz porozmawiać z rzeszą biegaczy z całego kraju.

Każdy z nich miał jakieś ambitne plany, sochaczewscy Aktywni również mieli cele do zrealizowania. Paweł Matysiak chciał ukończeniem maratonu zdobyć upragnioną „Koronę Maratonów Polskich”, Janek z Jackiem poprawić życiówkę a Tomek po zmarnowanej zimie pełnej kontuzji (nadpęknięte żebro oraz uraz kostki i kolano ) zacząć sezon od maratonu w Dębnie.

Niedzielny ranek powitał wszystkich zimną i pochmurną pogodę ale nic nie mogło zrazić zahartowanych biegaczy od ruszenia w trasę.
39 Mistrzostwa Polski w Maratonie rozpoczęły się równo o godz.11:00.
Ponad tysiącosobowa rzesza biegaczy z uśmiechami na twarzy odważnie wyruszyła w trasę. Bieg obejmował 3 pętle biegnące przez okoliczne miejscowości ( Dargomyśl, Cychry, Dębno) a kończył się w centrum Dębna. Trasa była bardzo malownicza , biegło się w większości okolicznymi laskami po asfalcie gdzie wszędzie widać było roześmianych i rozentuzjazmowanych kibiców, żyjących swoim maratonem. Nie brakowało punktów odżywczych z pomarańczami , bananami czy czekoladą w kostkach.
Dla spragnionych maratończyków nie mogło także zabraknąć wody, herbaty a także izotoników w postaci Poweradów.
Niestety nie wszystko było tak cudownie jak by się chciało, pogoda była niestety kapryśna. Biegacze często biegli pod ostry, zimny wiatr skrapiani na zmiane kropelkami deszczu lub świecącymi w twarz malutkim promyczkami słońca. Sytuacji nie poprawiało dosyć dużo podbiegów na trasie, które na pierwszej pętli się nie zauważało, lecz na kolejnych dały wszystkim ostro w kość (lub jak kto woli w nogi).
Mimo tych wszystkich przeszkód nic nie było w stanie odwieść maratończyków od zmierzenia się ze swoimi lękami i słabościami.
Pierwszym Aktywnym który finiszował na mecie był Jacek Hreczański, który po świetnym starcie w Półmaratonie Warszawskim, uzyskał wspaniały czas (03:19:00) grubo poprawiając swój rekord życiowy. Kolejnym zapaleńcem był Janek Kocimski, który także osiągnął bardzo dobry wynik w swojej kategori wiekowej M60 (04:01:43). Tomek Szypszak ukończył czwarty już swój maraton
(trzeci liczący się do Korony Maratonów) z czasem (04:04:33). Wynik ten był dla niego dużą niespodzianką, ponieważ po ponad czteromiesięcznej przymusowej pauzie biegowej, bieg ten był dla niego dużym wyzwaniem.
Trwające niecałe trzy miesiące treningi , stawiały pod dużym znakiem zapytania start w Dębnie , lecz po raz kolejny potwierdza się reguła , że dla maratończyka i zaprawionego w bojach szosowych, Aktywnego niema rzeczy niemożliwych do zrobienia. Czwarty nasz klubowicz, Paweł Matysiak niestety z powodu kłopotów żołądkowych musiał zejść z trasy, pamiętając o tym że zdrowie jest najważniejsze i bezsensownym jest go nadużywać.
Bardzo dobrze pobiegł sympatyzujący z KM Aktywni Sochaczew, Darek Ciećwierz z LKS Olymp Błonie kończąc bieg z czasem ( 03:56:11) oraz nasz były kolega klubowy Grzegorz Kozłowski, osiągając imponującą życiówkę (02:43:31)
Grzesiek trenuję profesjonalnie w AZS-AWF Warszawa z aktualnym mistrzem Polski , naturalizowanym Etiopczykiem Yaredem Shegumo.
Yared Shegumo ukończył 39 Maraton w Dębnie na 3 pozycji (tuż za dwoma Kenijczykami), z czasem (02:15:19) jednocześnie zdobywając tytuł mistrza Polski w maratonie. Wicemistrzem Polski został Radosław Dudycz (02:15:47) a trzecie miejsce na podium zajął Piotr Pałka osiągając wynik (02:19:31).
Podsumowując w skrócie, Mistrzostwa Polski w Maratonie w Dębnie mają swój niepowtarzalny klimat i dla tych co tam jeszcze nie byli, jest pozycją obowiązkową do odhaczenie w biegowym światku.
Z maratońskim pozdrowieniem, prosto z Dębna, górą Aktywni.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama