Reklama

Ludzie z lasu

Tygodnik Echo Powiatu
05/11/2002 00:00

Czy można wygrać wybory do Rady Gminy mając 29 głosów? Można, pod warunkiem, że sąsiedzi i znajomi nie zostaną przed telewizorami, ale dadzą ci szansę i zagłosują. Uwierzą, że jednak mają wybór, że ich głos się liczy. Sąsiedzi Justyny Bzdak ze wsi Famułki Królewskie uwierzyli, „wyszli z lasu”, zagłosowali i wygrali, a sąsiednie Miszory, jeszcze do dziś
nie pojmują, jak to było możliwe. Jak to stało, że pokonała ich wieś, w której jest kilka chałup i 30 osób które mogą
zagłosować.
 


- Famułki Królewskie. Gdzie to jest?
Na końcu świata. Za Miszorami. Ostatnia wieś w Puszczy Kampinoskiej, już na pół wykupiona, wymarła, ale serce Puszczy. Mieszkam na polanie. Na samym końcu wsi stoi moja chałupa, potem długo, długo nic i kilometr dalej jeden sąsiad, jedna chałupa, znowu kilometr i następne trzy chałupy, potem jeszcze dwa kilometry i jeszcze jedna chałupa...
 

Reklama


- Pewnego dnia do Pawła Gralaka z Komitetu Wyborczego Wspólna Szansa zgłosiła się Justyna Bzdak z Famułek Królewskich i powiedziała, że chce wystartować do wyborów z listy Wspólnej Szansy. Zadeklarowała, że sama sobie zrobi kampanię, żeby tylko Wspólna Szansa zgodziła się umieścić ją w komitecie. Tak było?
Tak było.
 


- Dlaczego akurat Komitet Wspólna Szansa, nie inny? Przecież było w czym wybierać. Od kilku lat pracuję w „Fundacji Pomocy Dzieciom i Rodzinie. Szansa”. Zbieżność nazwy, dlatego najbliżej mi było właśnie do tego komitetu. Pracuję w byłej szkole w Miszorach, w tej chwili wykupił ją Park Kampinoski i mieści się tu ośrodek dla dzieci. Prowadzę kuchnię. Przez te trzy lata poznałam praktycznie wszystkie dzieci z rodzin, które u nas, w głębokim lesie zostały.
 

Reklama


- A ile jest tych dzieci w głębokim lesie?
Oj, jeszcze sporo. To bardzo fajne dzieciaki, zdolne dzieciaki, ale praktycznie nie mają szansy, żeby coś w życiu osiągnąć. Ośrodek w Miszorach prowadzi Fundacja. Pani Jezierska opiekuje się dziećmi, a ja pracuję w kuchni. Ja jestem od gotowania.
Patrzyłam na te dzieci i myślałam, co z nimi będzie. Mam już dwie dorosłe córki, które skończyły studia, jedna jest mężatką - mam trzyletniego wnuka. Zrobiłam wszystko co mogłam dla rodziny, a trochę energii jeszcze mi zostało, pomyślałam, że mogłabym coś zrobić i dla innych. Ci ludzie warci są tego, żeby im pomóc. Samo to, że poszli zagłosować.
 


- Zdobyła pani 29 głosów. Wszyscy dorośli z Famułek poszli głosować na Panią?
W Famułkach mogłam dostać 33 głosy. Praktycznie wszyscy poszli głosować. Wyszli z lasu, chyba pierwszy raz, żeby zagłosować.
 

Reklama


- Ktoś z Famułek w przeszłości kandydował do Rady?
Chyba Pan Niewiadomski, ale dawno i ś. p. Pani Leokadia Rutkowska, to była kobieta z tzw. ikrą, prowadziła koło gospodyń, była w radzie.
Na karcie do głosowania miałam czwarta pozycję, przede mną byli trzej kandydaci z Miszor. To duża wieś, ma 120 głosów. Famułki i Miszory miały do zdobycia jeden mandat, ale z Miszor nie wszyscy poszli głosować. Dwóch kandydatów dostało po 25 głosów, jeden 15 i wygrałam. Gdyby wszyscy z Miszor poszli głosować na pewno nie miałabym żadnych szans.
 


- 30 mieszkańców Famułek Królewskich wygrało ze 120 mieszkańcami Miszor. Cuda się zdarzają. Do tej pory Miszory nie mogą się z tym pogodzić. Mówią, że pierwszy raz ludzie od nas wyszli z lasu. Wyszli i wybrali. To klęska moralna Miszor. Nie potrafili się zmobilizować. A ludzie u nas zrozumieli, że można coś zrobić, jak się chce, że dużo zależy od tych na dole. To jest ważne dla tych z Miszor i dla tych z Famułek.
 

Reklama


- Wierzyła Pani w swój sukces?
Chyba każdy kto startuje wierzy. Pierwszy raz przeszłam się po wsi zbierając podpisy, rozmawiałam z ludźmi i oni mnie tak przyjęli, że jak już wystartowałam, to nie mogłam ich zawieść.
 


- Potem przed samymi wyborami też każdego Pani odwiedziła, by mieć pewne głosy, nie tylko poparcie?
Nie miałam dużo osób do odwiedzenia.
 


- Wszystkich ludzie w Famułkach pani zna?
Praktycznie tak. Dobrze znam ich dzieci. Ja tam mieszkam trzydzieści lat, chociaż nie jestem stąd. Moja rodzina zakochała się w puszczy, przyjechała i tu została. Mój mąż był leśniczym, nadal mieszkamy w leśniczówce.
 

Reklama


- Jak żyją ludzie z lasu?
Beznadzieja. Bronią się. Nie chcą stąd odejść, pozostali ci, którzy chyba najbardziej kochają to, co jeszcze zostało. Nie chcą odejść, bo nie wyobrażają sobie życia poza Puszczą. Mieszkają tu z dziada pradziada. Gospodarstwa prowadzą już tylko dla siebie. To są biedni ludzie, żyją z rent, z emerytur, z pomocy społecznej. Młodsi dojeżdżają do pracy, niektórzy do Warszawy i wracają tylko na weekendy.
 


- Czy Kampinoski Park nie chce od nich kupić tych skrawków ziemi, czy oni nie chcą ich sprzedać?
Gdyby chcieli, chyba dawno by już je sprzedali. Teraz Park kupił następne dwa domy. Sukcesywnie je wykupuje.
 

Reklama


- Życie bez przyszłości, a mimo to nie chcą stąd odejść. Co będzie z ich dziećmi?
Może zaczną myśleć trochę inaczej.
 


- Czy to są takie domy, jakie czasem oglądamy w telewizyjnych relacjach z Puszczy Kampinoskiej? Samotne, opuszczone, wrastające w ziemię?
Nie. To są dobrze utrzymane, murowane domy. Są wśród nich bardzo stare, piękne, zabytkowe. Jeden pochodzi jeszcze z początku ubiegłego wieku i nadal jest zamieszkały. U nas było dużo ładnych domów, ale gdy się zaczęły wykupy wszystko zostało rozebrane na opał. Tak to się skończyło. Wtedy nikt nie myślał, żeby to zachować.
 

Reklama


- Park też nie chciał tych chałup ocalić?
Też nie. Wybudował skansen, a te domy rozebrano. Moja córka taki dom przeciągnęła na drugą stronę lasu, przez całą puszczę przejechał na płozach. Parę chałup w ten sposób uratowano.
 


- W Puszczy żyje się inaczej?
Inaczej, ale dobrze. Bliżej przyrody. Ludzie związani z tą ziemią ciągle tu wracają. Jak jaskółki. Są od wiosny do jesieni, potem mają przerwę i wiosną wracają. Pan Wojciech Gąsowski ciągle wraca, bo on też pochodzi z Famułek. Wraca do swoich korzeni, jego rodzina trafiła tu po Powstaniu Styczniowym. Ja jeszcze pamiętam ich dom, duży, drewniany, wyróżniał się we wsi. Nie chałupa mazowiecka i nie dwór, taki pomiędzy. Bardzo ładny.
 

Reklama


- Do kogo teraz przyjeżdżają tacy jak on?
Do miejsca. Ludzie go znają, on cały czas się z nimi kontaktuje. Jak są pogrzeby zawsze jest. Ludzie są związani z ziemią, nawet nie z domem, bo tam już nie mają domów. Na ich miejscu pozostało kilka starych jabłoni, fundamenty i bzy. Po ludziach z takich wsi pozostają bzy. Tam, gdzie był dom, są kępy bzów i po nich widać, gdzie żyli ludzie. Jak jadę i widzę te kępy bzów, to liczę ludzi... Wspominam...
Famułki Królewskie są bardzo mocno związane z historią Polski. Po bitwie nad Bzurą żołnierze tędy szli na Warszawę, tu przechodziła granica między Rzeszą a Generalną Gubernią, ale ludzie, którzy pamiętali te czasy już wymarli. Moje dzieci pracują w Warszawie, jednak nie wyobrażają sobie życia poza wsią, tu mają prawdziwy dom.
 


- Pani córki skończyły studia, jedna Akademię Sztuk Pięknych, druga SGGW ale niewiele dzieci w Famułkach ma takie możliwości. Co może Pani dla nich zrobić?
Dużo może zrobić gmina. Dać tym dzieciom stypendia. Im nie jest potrzebna taka pomoc, żeby tylko żyły i potem tu wegetowały, ale stypendia, żeby mogły się uczyć dalej. Te dzieci nie mają często nawet na bilet do Sochaczewa. Muszą dostać pomoc, żeby nauki nie skończyły na gimnazjum.
 

Reklama


- A tak już jest, czy tak może być?
Tak już jest. Im ucina się możliwość dalszego kształcenia. Rodzice, którzy żyją z dorywczej pracy, z renty, nie są w stanie sfinansować ich kształcenia. Poza tym nie rozbudza się w tych dzieciach ambicji. Są biedne i nieszczęśliwe, bo im się ciągle mówi, że z tych Famułek nigdzie nie pójdą, że i tak tu zostaną. Wmawia im się, że tu są kiepskie szkoły i na pewno dalej nie dadzą sobie rady. A ja im odpowiadam, moje dzieci, przecież chodziły do takiej samej szkoły, a skończyły studia. Trzeba tylko chcieć i trzeba im pomóc. Pani sobie nie wyobraża jak te dzieci malują, jak rzeźbią.
Nie można myśleć tylko o Famułkach, bo takich wsi jak ta jest jeszcze kilka, w każdej znajdą się biedne dzieci. Myślę, że są ludzie, którzy podadzą im rękę. Może paru uda się w ten sposób pomóc. To już ostatnia chwila. Jak się tego nie zrobi teraz, to wyrośnie następne pokolenie bez nadziei.
Tym ludziom brakuje też przebicia, nie potrafią się rozpychać łokciami. Są jeszcze na etapie, mnie się należy, mnie pomogą, a tu nic się nie należy i nikt nie pomoże. Trzeba samemu do tej pomocy dążyć. Nie można siedzieć i patrzeć, trzeba coś robić.
rozm. Grażyna Gajda

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości