Reklama

LEON GRADOWSKI ZWANY LISEM

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
11/03/2004 08:39
W Gradowie, majątku leżącym nad rzeczką Suchą, kiedyś, w zamierzchłych czasach, mieszkała rodzina Gradowskich. Najdawniejszym odnotowanym w kronikach przedstawicielem tego rodu był Wawrzyniec, syn Gotarda, dworzanin króla Zygmunta Starego, późniejszy cześnik i sędzia Ziemi Sochaczewskiej. Potomkowie jego nadal siedzieli w Gradowie i niekiedy posłowali na sejmy lub piastowali niewysokie urzędy ziemskie. Z czasem część rodziny przeniosła się na Podole, a ostatnim jej potomkiem urodzonym na tych dalekich kresach był Leon Gradowski.
W tym roku mija dziesiąta rocznica śmierci Leona Gradowskiego, znanego również jako Michael Lis. Burzliwe koleje jego wojennych losów obfitują w tyle przedziwnych zdarzeń, że można by o nich grubą książkę napisać. Któryś z jego angielskich przyjaciół powiedział, że jego życia starczyłoby na kilka życiorysów, nawet gdyby to miały być też życiorysy Polaków.
A wszystko zaczęło się tak spokojnie, rzec można – sielankowo. Któregoś lipcowego, ciepłego dnia w parterowym dworku w Babszynie koło Kamieńca Podolskiego, przyszedł na świat chłopiec, któremu na chrzcie dano imię Leon – po dziadku. Działo się to blisko dziesięć lat przed wystrzałem z Aurory, życie płynęło spokojnie i pracowicie, a nad wychowaniem licznego rodzeństwa prócz matki czuwały niania – Rusinka i bona – Francuzka. Potem była wojna, rewolucja i rozstanie na zawsze z babszynieckim dworem, gimnazjum w Chyrowie i studia na belgijskim uniwersytecie w Louvain. Takie studia, a potem pracę na zagranicznym uniwersytecie, można było podejmować tylko znając biegle język obcy – jak z tego widać, francuska bona nie była ziemiańską fanaberią.
Zanim jednak na stałe osiedlił się w Belgii, wrócił do kraju i odsłużył podchorążówkę w Grudziądzu, jako że odbycie służby wojskowej uważano wtedy za punkt honoru – ten pogląd już dziś należy do reliktów przeszłości. Lecz w tamtych czasach nie była to czcza gadanina – wrzesień 1939 r. zastał podchorążego Gradowskiego w jego macierzystym 24 pułku ułanów wchodzącego w skład zmotoryzowanej brygady gen. Maczka. I tu zaczął się nieprzerwany ciąg jego wojennych przygód. Kiedy pod Przemyślem wysłany na patrol został ranny i odcięty przez Niemców, chciał wyrwać się z okrążenia znalezioną gdzieś ciężarówką. Po drodze załadował do niej wszystkich rannych z napotkanego przypadkiem polowego punktu sanitarnego i kiedy przemykał bocznymi drożynami, zatrzymał się jeszcze na chwilę, by przyczepić z tyłu porzucone w rowie działko p-panc. Boforsa. Z tym całym bagażem wyślizgnął się Niemcom jak piskorz i wrócił do swoich. Wniosek o Krzyż Walecznych w całym tym zamieszaniu nigdy nie został zatwierdzony, prawie cała brygada przeszła do Rumunii, a nasz podchorąży dostał się do niewoli sowieckiej i ani się obejrzał – już siedział w Starobielsku. Jakiś czas potem zaczęto wywozić jeńców w nieznanym kierunku, a kiedy i na niego przyszła kolej, natychmiast zaczął szykować się do ucieczki. Znał bolszewików z dzieciństwa i wiedział, że niczego dobrego nie należy się po nich spodziewać. Namawiał przyjaciół, by z nim wyskoczyli przez wyłamane okienko w bydlęcym wagonie, ale poczucie bezpieczeństwa pod osłoną konwencji genewskiej oraz głębokie przekonanie, że wojna skończy się za dwa miesiące, zniechęcały panów oficerów do ryzyka. Podchorąży wyskoczył z dwoma przypadkowymi młodziakami, a po jego towarzyszach podróży wszelki ślad zaginął.
Potem była okupacyjna Warszawa, konspiracja, wyślizgiwanie się z zasadzek gestapo i wreszcie droga kurierskim szlakiem do Budapesztu i dalej na południe. Był już blisko granicy jugosłowiańskiej, kiedy dopadli go Niemcy i w kajdankach gdzieś wyekspediowali pociągiem w asyście dwu żandarmów. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności drzwi od toalety otwierały się na zewnątrz, odgradzając na sekundę więźnia od konwojentów. Skacząc z pociągu, nie mógł wybierać miejsca i niespodzianie uderzył w ścianę, bowiem na tym odcinku kolej biegła w skalnym wąwozie. Odbił się i upadł przy torach. Przejeżdżający nad nim pociąg o mało nie obciął mu rąk, ale za to skutecznie osłonił od strzałów konwoju. Błąkał się potem wśród skał, pracowicie usiłując przetrzeć kajdanki o ich ostre krawędzie. Wiedział, że niełatwo dogadać się Polakowi z węgierskim chłopem i choć głód go nękał, nie chciał schodzić do wiosek. W tej biedzie przyszła mu do głowy myśl zbawienna – przecież w każdej większej węgierskiej wsi jest jeden człowiek, z którym były uczeń Chyrowa dogada się bez trudu. W najbliższej plebanii wyjaśnił po łacinie księdzu swoją sytuację, zaś proboszcz nakarmił go sowicie i wyekspediował bezpiecznie z powrotem do Budapesztu.
Ponowną drogę ku naszym wojskom formującym się na Bliskim Wschodzie odbył nasz podchorąży w luksusowych warunkach – leciał do Stambułu niemieckim samolotem, mając w kieszeni „zlecenie ważnej misji” z dobrze podrobionym podpisem samego Goebbelsa. Choć i ta podróż obfitowała w momenty krew mrożące w żyłach, przecież zakończyła się przejazdem przez Stambuł taksówką w towarzystwie i na koszt konsula niemieckiego.
Potem była służba w Ułanach Karpackich i wielomiesięczne wojowanie w okopach Tobruku, ale kiedy Brygada odeszła na spokojne leże do Syrii, świeżo mianowany podporucznik nie mógł usiedzieć na miejscu i szybko załatwił sobie przeniesienie do Oddziału Specjalnego Sztabu Wodza Naczelnego. Miesięczny kurs w brytyjskim ośrodku szkoleniowym w Palestynie i nowy „cichociemny” już był gotowy do skoku na tyły wroga.
Był to czas, kiedy Niemcom udało się zerwać nitkę, po której polscy kurierzy i poczta wędrowali przez Bałkany i trzeba było posłać odpowiednich ludzi, by założyli nowe placówki przerzutowe. Gdy w mglistą, jesienną noc skakał na spadochronie nad jeziorem Ohryd w Albanii już wiedział, że skończyły się jego romantyczne marzenia o powrocie do Kraju i walce w rodzimej partyzantce. Pod przybranym nazwiskiem Michael Lis przez dziewięć miesięcy odbudowywał drogę kurierów i wojował w albańskiej partyzantce. Nawiązał ścisłą współpracę z brytyjskimi oficerami organizującymi ruch oporu w Albanii i razem z nimi dzielił trudy i boje partyzanckiej wojny. Kiedyś Niemcy otoczyli znaczne zgrupowanie partyzantów. Przygotowany przez Anglików plan wyjścia z matni nie przewidywał ratowania oddziałów „czerwonych” przypadkowo znajdujących się na tym terenie, bowiem współpraca z komunistami Enwera Hodży „nie leżała w sferze zainteresowań” misji brytyjskiej. Jednakże polski oficer stanowczo sprzeciwił się pozostawieniu na pewną śmierć czerwonych partyzantów i wtedy Anglicy znaleźli dyplomatyczne rozwiązanie – nas tu nie ma, a ty dowodzisz całością, bo w twoich wytycznych nic nie ma o współpracy z czerwonymi. Zaciekły bój o most w Dibra – jedyną drogę odwrotu dla „białych” i „czerwonych” – przeszedł do legendy partyzanckich walk w Albanii, a dowodzący całą operacją otrzymał od swoich Krzyż Walecznych, a od Anglików Military Cross i stopień kapitana armii brytyjskiej. We wszystkich brytyjskich raportach z naciskiem podkreślano, że według relacji albańskich partyzantów Lis wyróżniał się w ogniu walki nie tylko ogromną odwagą, ale i niewyczerpaną wesołością. Bo też trzeba przyznać, że poczucie humoru miał on rozwinięte ponad przeciętność.
Po powrocie do bazy w Bari na terenie Włoch, raz jeszcze skakał na tyły wroga w północnej Italii, ale front posuwał się tak szybko, że niebawem był na powrót wśród swoich. Po demobilizacji jak wszyscy Polacy przeżywał trudny okres na obczyźnie. Wiedział, że z takim życiorysem nie ma co pokazywać się w stalinowskiej Polsce. Dopiero po paru latach znalazł pracę zgodną ze swym wykształceniem (a trzeba przyznać, że na studiach obrał sobie specjalizację bardzo egzotyczną – hodowla bydła w warunkach tropikalnych). Kierował oddziałem wielkiej firmy produkującej środki zwalczania pasożytów zwierzęcych i choć biuro miał w Paryżu, głównym terenem jego działania była Afryka Środkowa. Jak by mało mu było emocji wynikłych z pracy w tak egzotycznych warunkach, zrobił jeszcze licencje pilota sportowego, a z czasem nawet uprawnienia instruktorskie, zdobył uprawnienia żeglarskie i płetwonurka, kolekcjonował starą broń, polował, a wolne od pracy chwile spędzał na podróżach i dopiero po osiemdziesiątce choroba i starość ujarzmiły jego niespożytą energię.
Był to człowiek o łagodnym sercu, lwiej odwadze i niewyczerpanej wesołości – takich to potomków doczekała się stara Ziemia Sochaczewska. I właśnie w tutejszym Muzeum, a nie gdzie indziej, złożono pamiątki z jego bojowego szlaku, który wiódł przez wiele obcych krajów, z dala od Ojczyzny.
Michał Gradowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    PANOPIA - niezalogowany 2021-05-03 20:39:22

    Wspaniale napisane przez syna Michała-człowieka równie wybitnego, wspomnienie o niezwykłym Ojcu-Leonie Gradowskim. Michał Gradowski był wybitnym historykiem sztuki specjalizującym się w złotnictwie, badaczem rzemiosła artystycznego, dokumentalistą i konserwatorem zabytków, muzealnikiem – organizatorem wystaw, autorem książek i tekstów popularnonaukowych, redaktorem i wydawcą, działaczem kultury. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Michałową wiedzą ,umiejętnościami i radością życia obdzielić można było kilka osób. Był interesującym człowiekiem i odpowiedzialnym obywatelem, patriotą i wielbicielem swego miasta-Warszawy. Przyjaciele i uczniowie odczuwają dotkliwy brak jego Osoby.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości