Reklama

I Półmaraton Świętego Jerzego - Ostróda

Klub Maratończyka Aktywni
26/04/2012 22:38
21 kwietnia 2012 roku po raz pierwszy w swojej historii Ostróda gościła półmaraton. Jego motywem przewodnim był smok oraz patron Ostródy – św. Jerzy. Biuro zawodów zostało umieszczone w zamku, a start i meta przy molo nad samym brzegiem jeziora Drwęckiego. Lista startowa została zdominowana przez przedstawicieli Ostródy i Olsztyna, lecz wśród nich byłem też ja - Paweł Matysiak, Aktywny z Sochaczewa.

Trasa półmaratonu poprowadzona została po trzech pętlach, po siedem kilometrów każda. Początek brzegiem jeziora. Wiedziałem, że co kilkaset metrów czeka nas mostek. Większość z nich nie była duża, poza jednym. Ten największy jest wysoki na tyle, by pod nim mogły bezpiecznie pływać statki. Pod nim wiedzie słynny na całą Europę kanał Ostródzko-Elbląski. Dalej trasa prowadziła na osiedle Wałdowo, o którym poza tym, że znałem co nieco ze słyszenia, nie wiedziałem wiele. Potem długa prosta wzdłuż Szosy Elbląskiej, a na koniec jeszcze kilka zakrętów i powrót przy zamku nad jezioro.

Pogoda dopisywała. Wiał lekki wiatr od jeziora, a przez lekko pochmurne niebo, co chwilę przedzierało się słońce.
Wystartowaliśmy punktualnie o 9:00. Pierwszy odcinek wzdłuż jeziora to wyprzedzanie wolniejszych, bycie wyprzedzanym przez szybszych i pierwsze podbiegi pod mostki. Za pierwszym razem przebiegałem przez nie nieco niepewnie, lecz szybko.

Następnie sporo ładnego, płaskiego asfaltu na Wałdowie. Rzucał się w oczy i w uszy ksiądz, który klaskaniem i okrzykami dopingował kolejnych biegaczy. Rzucała się też w oczy organizacja punktu nawadniania gdzie każda z trzech dziewczyn trzymała dwa kubki. W jednym była woda w drugim izotonik. Wszystko działało jak w zegarku i mogłoby być wzorem dla innych organizatorów biegu.
Następie odcinek bardzo ładną i przyjemną aleją Lipową i wybiegliśmy na Szosę Elbląską. To był długi, bo kilometrowy odcinek asfaltowej prostej, wręcz idealny do złapania szybszego tempa.

Na piątym kilometrze zbiegliśmy w boczną uliczkę. Pod naszymi nogami pojawiła się ziemia a przed nami… podbieg. I to taki całkiem spory. Podbieg początkowo ziemny zmienił się w podbieg betonowy i ciągnął się coraz dłużej. Wreszcie po kolejnym zakręcie beton ustąpił miejsca asfaltowi, a podbieg zbiegowi. W tym miejscu zaczynał się najprzyjemniejszy odcinek trasy – 400 metrowy zbieg.

Zbieg zakończył się na moście na rzece Drwęcy. Stąd już tylko kilka kroków nad jezioro do końca pierwszej pętli. A do obiegnięcia były trzy!

Druga pętla była mądrzejsza. Było zdecydowanie luźniej na nabrzeżu i wiedziałem jak pokonywać kolejne mostki. Miłym akcentem była pani, która na Wałdowie podawała biegaczom wodę. Ksiądz też był. Nadal twardo i z entuzjazmem kibicował Nam, biegaczom. Był również podbieg lecz na drugiej pętli wydawał się najprzyjemniejszy. Chyba dlatego, że już wiedziałem co mnie czeka. Wiedziałem gdzie jest szczyt podbiegu i że za nim jest długi asfaltowy zbieg. Podbiegłem, zbiegłem, minąłem punkt z wodą i pognałem nad jezioro.
Trzecie okrążenie było ciężkie. Trzecie okrążenie z trzech zawsze jest najcięższe. Wbiegając na Wałdowo udało nam się zebrać w trzyosobową grupkę, którą biegliśmy razem przez większość trzeciego okrążenia. W grupie jest biec nieco łatwiej.

Na Szosie Elbląskiej na 3 kilometry przed metą zmęczenie było już bardzo duże. Koncentrowałem się już tylko na tym, aby biec przed siebie i jak najszybciej przebierać nogami. Równe tempo udało sie utrzymać do końca prostej. Zwolniłem dopiero na podbiegu. Na ostatnim kółku podieg był ciężki, ale nie miałem zamiaru się zatrzymać. Dublowałem tych którzy byli na drugim okrążeniu i szli pod górę. Ja biegłem.... I wbiegłem, a potem już miałem z górki.

Na metę wpadłem w czasie 1:37:04, czym poprawiłem swój rekord życiowy o 7 i pół minuty. Udało mi się też załapać do najlepszej dziesiątki w swojej kategorii wiekowej. Zająłem w niej 9 miejsce na 44 uczestników. To druga “dziesiątka” w mojej karierze. Jestem z tego wyniku bardzo zadowolony!

Na pochwałę zasługuje też catering na mecie. Na pierwszy ogień szła solidna grochówka. Za nią czekał własnoręcznie pieczony chleb oraz udka kurczaka podawane wprost z podgrzewacza. Do tego dwie surówki i słodka bułka. Można było się najeść smacznie i solidnie.

Potem jeszcze tylko losowanie nagród. Tym razem szczęście się i do mnie uśmiechnęło. Po raz pierwszy udało mi się coś wygrać w losowaniu, a była to… waga łazienkowa! Nie miałem takowej w domu, więc… Dziękuję!

I to wszystko. Pozostaje tylko czekać na kolejny Półmaraton św. Jerzego.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama