Reklama

Historia Gminy Teresin - "Dziedzictwo jak kompas"

Stowarzyszenie Przyjaciół Mieszkańców Gminy Teresin "Impuls"
16/08/2009 13:57
Wstęp
(fragmenty)


Do rąk Czytelnika trafia zbiór kazań wygłoszonych na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wspólnym ich mianownikiem jest postać św. Maksymiliana Marii Kolbego, jego życia i czyn, oraz ich autorzy – franciszkanie. Zbiór ten zatytułowano: Dziedzictwo jak kompas. Nie jest to bynajmniej poetycka przenośnia, czy zgrabnie sformułowana nazwa. Wiadomo, czy jest kompas. Chciano w ten sposób ukazać kierunek wyznaczony przez „kapitana” załogi statku „Niepokalanów”. (…)

Zamieszczono niemal wszystkie dostępne, szczególnie niepublikowane dotąd mowy, bez względu na ich kunszt literacki czy opanowanie sztuki retorskiej. Chciano bowiem przede wszystkim ukazać spuściznę współbraci Świętego. Aby nie przepadła. Aby była świadectwem wspólnego dziedzictwa. Również aby świadczyła o samych dziedzicach. Uważny czytelnik znajdzie tu wiele perełek i mocnych sformułowań. Dowiemy się z nich, że zachować Ewangelię znaczy kochać. I bynajmniej nie chodzi tu o jakąś demonstrację katolicyzmu, ale o promieniowanie chrześcijańskim życiem przez samą bodaj obecność chrześcijańską – jak powie jeden z kaznodziejów. (…)

W zamierzeniu wydawcy zbiór ten ma jeszcze jeden cel: ma stanowić kaznodziejską pomoc, nie w sensie gotowych tekstów, ale raczej materiału do przemyśleń i wysnucia własnych wniosków.

o. dr Ignacy Kosmana OFMConv

bp Tadeusz Rakoczy

ordynariusz diecezji bielsko-żywieckiej


KAZANIE WYGŁOSZONE 14 SIERPNIA 2008 R. W AUSCHWITZ-BIRKENAU
MDR 3,1-9; 1J 3,13-16; J 15, 12-16


Miłość naszym obowiązkiem i zadaniem

„Jezus powiedział do swoich uczniów: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali.” (J15,12).

Dla Chrystusa największym przykazaniem jest miłość Boga i bliźniego.
To jest pierwsze i największe przykazanie. Miłość do której wzywa nas Jezus w Ewangelii, stanowiła szczególną cechę jego życia. To On jest najpełniejszym objawieniem miłości. Pośród wszystkich słów ludzkich, razm z całym ich bogactwem i ograniczeniami, właśnie słowo „miłość” pozwala nam względnie najlepiej wejrzeć w tajemnicę Boga.
Bóg jest miłością i miłość od Boga pochodzi. Przychodzi ona do człowieka jako dar, który posiada swój konkretny, historyczny i trwały kształt. To dar, którem na imie Jezus Chrystus. „W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu” (1 J 4,9). W Bogu jest więc początek miłości; tej miłości, która zbawia człowieka. W Bogu jest też źródło zbawienia: „Nie my umiłowaliśmy Boga, ale On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.” (1 J 4,10).
Zgromadziliśmy się w tym szczególnym miejscu, jakim jest obóz Auswitz-Birkenau, aby uczestniczyć w Eucharystii. Jest ona ofiarą przebłagalną za grzechy całego świata, za nasze grzechy. A dzieje się tak dlatego, że jest ona ofiarą zbawienia. W niej milość zwycięża grzech, wszelką nienawiść, unicestwia śmierć. Dokonało się to raz na Kalwarii poprzez Krzyż i Zmartwychwstanie Chrystusa i dokonuje się w liturgii Kościoła pod osłoną znaków sakramentalnych. Zgromadziliśmy się, aby uczestniczyć w sakramencie miłości – w sakramencie zbawienia.
Dołączamy dzisiaj do tych, którzy pierwsi uczestniczyli w tym sakramencie. Chrystus powiedział do Apostołów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej!” (J 15,9). Chrystus obdarza nas tą miłością, którą On sam został umiłowany przez Ojca i w której jest miłowany. Daje nam tę miłość, którą zbawia; zaszczepia ją w ludzkich sumieniach, wzmacnia ludzką wolę i wspomaga uczynki. Miłośc jako dar „rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego.” (Rz 5,5).

Równocześnie ta sama miłość jest zadaniem, które Bóg stawia człowiekowi. Dlatego Chrystus mówi: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem.” (J 15,12). I dodaje – z myślą o zbliżającej się ofierze Krzyża: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (15,13). Tak więc trwać w miłości Jego, to znaczy zachowywać Jego przykazania, przede wszystkicm przykazanie miłości. I znowu Chrystus dodaje: „tak jak Ja zachowałem przykazanie Ojca mego i trwam w Jego miłości” (J 15,20).
Pan nasz wzywa swoich naśladowców do miłości. Miłość jego streszczeniem całej Ewangelii. „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35). Miłość odróżnia wyznawców Chrystusa i pozwala nam zachować chrześciajńską tożsamość. Dla ludzi wierzących nie ma innego znaku rozpoznawczego. O pierwotnych chreścijanach mówiono: „patrzcie, jak oni się miłują!” Miłość, do której wzywa nas Chrystus, nie jest uczucie, chwilowym poruszeniem serca, ale oznacza czynienie dobra, jest dawaniem siebie, swoich uczuć idóbr. Wymaga ona ofiary, poświęcenia się i tylko taka buduje i zbawia świat. Jest możliwa, bo została rozlana szeroko w sercach ludzkich przez Ducha Świętego, który w nas mieszka.
Ta miłość była także możliwa w tym szczególnym miejscu kaźni oraz niezliczonych zbrodni przeciwko Bodu i człowiekowi, nie mających sobie równych w historii. A wydawało się, że ne ma tu miejsca dla niej, tak wielu o niej zapomniało. Bo tutaj panowała nienawiść, zemsta, przemoc, okrucieństwo i śmierć. Tutaj nie kochano człowieka. Na każdym kroku pogardzano nim, unicestwiające nie tylko ciała, ale i depcząc ludzką godność.
Oto pod koniec lipca 1941 r., kiedy na rozkaz obozowego dowódcy ustawili się w jednym szeregu więźniowie przeznaczeni na śmierć głodową – o. Maksymilian Maria Kolbe wystąpił dobrowolnie, wyrażając gotowość pójścia na śmierć w miejsce współbrata. Ku zaskoczeniu wszystkich jego prośba została wysłuchana. O. Maksymilian po upływie dwóch tygodni potwornych cierpień został pozbawiony życia śmiercionośnych zastrzykiem. Stało się to dokładnie 67 lat temu.
Dzisiaj, po wielu latach pytamy raz jeszcze, co się wydarzyło w bunkrze głodowym. Odpowiada na to dzisiejsza liturgia: oto „Bóg doświadczył Maksymiliana Marię” i znalazł go godnym siebie. Doświadczył go, jak złoto w tyglu i przyjął jako całopalną ofiarę (Mdr 3,5-6). Chociaż „w ludzkim rozumieniu doznał kaźni”, to przecież „nadzieja jego pełna jest nieśmiertelności, albowiem dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka”. A kiedy po ludzku dosięga ich męka i śmierć, kiedy „zdaje się oczom ludzkim, że pomarli”, gdy „odejście od nas uznano za unicestwienie (…) oni trwają w pokoju i doznają chwały w ręku Boga” (Mdr 3,1-4).
Papież Jan Paweł II przybywał tutaj wiele razy, najpierw jako biskup, a następnie jako papież. Wiele razy schodził do celi śmierci Maksymiliana Kolbego, wiele razy klękał pod murem zagłady i przechodził wśród rozwalonych krematoirów Brzezinki. Dzisiaj możemy powiedzieć za nim, żę Maksymilian nie umarł, ale oddał życie za brata. Była w tej straszliwej po ludzku śmierci cała ostateczna wielkość ludzkiego czynu i ludzkiego wyboru; sam poszedł na śmierć z miłości do Chrystusa. Dlatego ta śmierć stała się znakiem zwycięstawa.
Tak, miłość okazała się także tutaj potężniejsza niż śmierć, potężniejsza niż przemoc antyludzkiego systemu. Miłość człowieka odniosła swoje zwycięstawo tam, gdzie zdawała się triumfować nienawiść i pogarda człowieka. Można więc powiedzieć – za Sługą Bożym Janem Pawłem II – że w tym zwycięstwie miłości z Oświęcimia uobecniło się w jakiś szczególnych sposób zwycięstwo Golgoty. Ludzie przeżyli śmierć Współwięźnia – św. Maksymiliana nie jako jedną jeszcze klęskę, ale jako zbawczy znak. Patrząc na jego bezgraniczne poświęcenie dla jednego z braci swoich, zrozumieli, że miłość jest możliwa i że ostatecznie do niej należy zwycięstwo. Było to zwycięstwo odniesione nad całym systemem pogardy i nienawiści człowieka i tego, co Boskie w człowieku – zwycięstwo podobne do śmierci Chrystusa na Krzyżu.
Patrząc na zwycięski czyn miłości Sw. Maksymiliana zapragnijmy wejść na tę samą drogę miłości. Jest rzeczą powszechnie znaną, że jest nam trudno miłować bliźniego. Należy zauważyć, że miłość taj jest tym trudniejsza, im bliżej dana osoba żyje przy nas. Czasami łatwiej jest kochać trędowatego w dalekiej Korei, ale trudniej kochać teściową i do tego sparaliżowaną, czy kochać natrętnego sąsiada. Jednak Jezus domaga się od każdego z nas, abyśmy się wszyscy miłowali.
Jeśli niektórzy skarżą się, że nie odczuwają bliskości Boga, że doznają wątpliwości w wierze, to czy źródła tego nie należy widzieć w braku miłości? Miłość nieraz załamuje się na drobiazgach. Z braku nastroju nie zdobywamy się na uśmiech, dobre słowo, gest uprzejmości. Wskutek uprzedzeń nie kochamy ludzi. Wystarczy, że ktoś się zrazi do drugiego, z łatwością przenosi to na innych.
Miłości trzeba się uczyć. Wymaga ona wielkiego wysiłku i ofiary. Ten, kto prawdziwie kocha, gotów jest nawet na śmierć, czego przykład daje nam św. Maksymilian.
Gdy Siostrę Dobroci – Matkę Teresę z Kalkuty, znaną na całym świecie zakonnicę, zapytano podczas konferencji prasowej, z jaką najgroźniejszą chorobą spoytka się wśród chory, których pielęgnuje, odpowiedziała: „Najgroźniejszą chorobą nie jest nowotwór, nie jest trąd czy gruźlica, lecz jest nią na pewno brak miłości. To straszna choroba czuć się niekochanym, wzgardzonym, odrzuconym.”
Wśród nas coraz więcej jest ludzi nieszczęśliwych. Ludzie zrozpaczeni to prawie zawsze ci, którym nie udało się spotkać miłości. I to nie takiej, o której śpiewali w młodości, ale prostej, codziennej, która daje prawo do bycia i trwania z innymi.
Ludzie najbardziej nieszczęśliwi to ci, którzy nie mieli lub nie znaleźli czasu, by nauczyć się miłości człowieka lub nauczyć innych takiej miłości. Wcześniej czy później dopełnia się pustka beznadziejności. Nadziei człowieka na miłość nie wypełni żadna instytucja. Najlepiej zorganizowane szpitale, domy starości, domy dziecka nie zastąpią człowieka, jego serca i miłości.
Kochani! Gdyby ludzie żyli miłością Boga i człowieka, nie byłoby tyle smutku i zwątpień. Nie byłoby więzieńi obozów, zakładów poprawczych. Nie byłoby pierwszej i drugiej wojny światowej i stanu wojennego. Gdyby była miłość, życie ludzkie byłoby o wiele szczęśliwsze.
Podstawową zasadą życia społecznego winna być miłość. W imię miłości należy odrzucić przemoc raz na zawsze. Przemoc rodzi dalszą przemoc, potęguje zniszczenie, które sprawia, że w ostatecznym rozrachunku przegrywają wszyscy. Przemoc więc nie jest właściwym środkiem rozwiązywania problemów, bowiem powoduje nieuchronnie nowe formy ucisku i zniewolenia, zwykle bardziej dotkliwe od tych, które rzekomo próbuje naprawić. Stanowi ona przede wszystkim zamach na ludzkie życie. Co więcej, jest zbrodnią przeciw ludzkości, niszczy bowiem żywą tkankę społeczeństwa. Posłuszna jest jedynie logice niszczenia i śmierci.
Ta bezlitosna logika prowadzi do nikąd. Z mnożenia aktów przemocy nie wynika absolutnie żadne dobro. Przemoc niest jest środkiem budowania. Grozi natomiast zniszczeniem wszystkieko, co człowiek wypracował, co zbudował własnymi rękami. Dlatego tam, gdzie szerzy się przemoc, kończy się prawdziwy pokój.
Trzeba więc przekonać świat, że wojna nie jest ani czymś koniecznym, ani czymś nieuniknionym. Samozniszczenie nie jest bowiem przeznaczeniem ludzkości. Mówił o tym papież Paweł VI przed Zgromadzeniem Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych, powołując się na znane słowa prezydenta USA J. Kennedy’ego: „Ludzkość musi położyć kres wojnie, jeżeli wojna nie ma położyć kresu ludzkości.” Nadto dodał: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej! Nigdy jedni przeciw drugim, albo jedni ponad drugimi, ale zawsze jedni razem z drugimi.” Czternaście lat później te słowa powtórzył, na tym samym Forum Pokoju, papież Jan Paweł II.
Jedyny sposobem rozwiązania trudnych problemów społecznych pozostaje dialog. Musi on być oparty na wzajemnym zaufaniu. Podstawowym założeniem dialogu jest poszukiwanie tego, co dobre, prawdziwe i sprawiedliwe dla każdego człowieka i każdej grupy społecznej. Dialog jest sprawą wszystkich. W dialogu na rzecz pokoju nie może zabraknąć nikogo, ponieważ pokój jest dobrem wszystkich ludzi.
Jakże bardzo trzeba przekonywać młodych ludzi, aby opierali swoje życia na miłości, a nie na przemocy, aby odrzucali każdy przejaw przemocy. Jakże należy przekonywać rodziców, aby wychowywali swoje dzieci do miłości; dorosłych, aby nigdy nie schodzili z jej szlaku. Polityków i rządzących, aby opierali życie społeczne na miłości. Tego przecież wymaga dobro człowieka, Ojczyzny i świata.
My wszyscy zgromadzeni na tym straszliwym miejscu kaźni, nasz powrót na drogę milości winniśmy zacząć od rachunku sumienia. Bo kiedy mówimy o potrzebie budowania na świecie postulowanej przez papieży: Pawła VI i Jana Pawła II „cywilizacji”, myślimy zwykle, że jest to przede wszystkim zadanie dla innych. A tymczasem naprawianie rzeczywistości trzeba zaczynać zawsze od siebie. To właśnie miał na myśli autor wiersza Refleksja oświęcimskie, gdy pisał:
      Cisza,
      Lepiej nie słyszeć
      Bełkotu ludzkiej mowy
      I świstu bata,
      Powiedz za jakie grzechy
      Brat tu katował brata
      I gdzie był Bóg,
      Kiedy w szarą godzinę
      Dymiły kominy krematoriów,
      Kto w końcu naprawdę zawinił,
      Kto posiał gorzki piołun.
      Cisza,
      Więc wkraczam w otchłań nocy,
      W rozsiany po polach ludzki pył,
      Wyzwanie rzucam światu,
      Chcę krzyczeć wniebogłosy,
      Kainie, dosyć przemocy
      I dosyć krwi wyprutej z żył,
      Kainie, odrzuć miecz zbrodni,
      Nie mów, że Bóg, że inni.
      Kainie, szary przechodniu,
      To ty naprawdę jesteś winny.


To my jesteśmy winni, gdy przeszliśmy obojętnie obok bijących się dzieci, gdy młody człowiek nie ustąpił miejsca staruszce w autobusie, gdy jakiś wyrostek wulgarnie odzywa się do swojej koleżanki. Jesteśmy winni, bo nie starczyło nam odwagi, by zwrócić uwagę na niewłaściwość takiego postępowania. Jesteśmy winni, bo nie powiedzieliśmy dziecku, by podzieliło się w szkole drugim śniadaniem z kimś, kto takiego śniadania nie ma, bo nie uczymy wrażliwości członków własnej rodziny na ludzkie sprawy i problemy, bo nie lansujemy autorytetów silnych, nie mocą pięści, ale mocarzy ducha, ludzi zdolnych do ofiar i poświęceń.
Jesteśmy wreszcie winni, bo tak dalece uwierzyliśmy promotorom sukcesu za wszelką cenę, że realizujemy własne kariery nawet po trupach, bo jesteśmy aż tak wygodni i rozleniwieni, że szkoda nam czasu na działania społecznie użyteczne, bo tyle u nas pychy i egoizmu, że nie potrafimy współpracować z innymi w czynieniu dobra. Jesteśmy winni! Dlatego prosimy Boga i ludzi o wybaczenie!
Dlatego dzisiaj wołamy do św. Maksymiliana, patrona trudnego wieku, aby nas wszystkich utwierdzał w miłości i chronił przed nienawiścią, a świat ratował przed przemocą i wojną. A za Janem Pawłem II powtórzmy raz jeszcze: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny! Od powietrza, głodu, ognia i wojny. I wojny: wybaw nas, Panie.”



"Dziedzictwo jak kompas", zbiór kazań o Św. Maksymilianie Marii Kolbe zebrany przez o. dr Ignacego Kosmane OFMConv, nowość wydawnicza 2009. Książka jest do kupienia w księgarni w Niepokalanowie, cena książki 20 złotych (dwadzieścia).

Fragmenty przepisał TP.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    santserwis1 2009-08-16 20:29:00

    Całe szczęście że tak zwane Dziedzictwo jak kompas nie ma żadnego wpływu na dobry rozwój i tak dobre wyniki gminy w każdej kategorii .Gmina swoja dotychczasowa prężność zawdzięcza ludziom piastującym tam stanowiska urzędowe a sam klasztor z jednej taka niedogodność a z drugiej tak jak w artykule dowód jak takie zgromadzenia potrafią podporządkować sobie społeczność .Cóż gdyby nie duchowieństwo nie oglądali byśmy piramid w Egipcie

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości