Nowy numer "Kulturki" tuż, tuż, a w nim m.in.: wywiady, recenzje, felietony. A tymczasem mały przedsmak tego co czeka Was już niedługo...
Porozmawiajmy nieco o...
Cz.2 wywiadu z Grzegorzem Halamą
Grzegorz Halama o „Polskim Gównie”, rodzimej scenie kabaretowej, Koszaliie i swojej twórczości, teraźniejszej i dawnej Zapraszam do wywiadu - rzeki z najbardziej charakterystyczną postacią polskiego kabaretu.
A propo"s popularności i muzyki to chyba renesans twojej popularności przyszedł na czas hitu "Ja wiedzialem, że tak będzie". Numer był ładnych parę tygodni na pierwszym miejscu prestiżowej listy przebojów Trójki. Nie zaskoczyło Cię to, ze numer zrobiony dla zgrywu o potworze, który miał trzy pazurki stał się takim przebojem? nie chciałeś tego pociągnąć dalej, wydać płytę? Zagrać wielką trasę?
Był trzy tygodnie na pierwszym miejscu. Moja kariera miał pewien ogromny plus. Rozwijała się bardzo wolno. Swoją przygodę artystyczną zaczynałem mając 16 lat. Najpierw śpiewając poezje śpiewaną, akompaniując sobie na gitarze, jak tez w zespole BAŃKA BAND gdzie spiewałem z Magda Turowską. Potem w szkole średniej jeszcze zespół OBSESJA, w którym byłem wokalistą, a na gitarze gral mój przyjaciel Krzysztof Pala z Bańki Band. Nawet miałem epizody w zespołach TEN DOLLARS, czy współpracę z Jackiem Barzyckim (GdzieCi Kwiaty). Potem, jeszcze w szkole średniej, zostałem zaproszony przez Bartosza Brzeskota do współpracy przy kabarecie. Kilka lat w kabarecie Bez Oparcia i współtworzenie NOCY KATA gdzie pojawiali się Adam Sztaba, Szymek Zychowicz, Marcin Wasilewski, Sławek Kurkiewicz czy nawet JARO. Potem wojsko, a po wojsku wyjazd do Krakowa i współpraca Rafałem Kmita oraz studium aktorskie Lart Studio. Dopiero Około 1994 roku, zainspirowany występami Damiana Rogali, postanowiłem sprawdzić się jako solowy wykonawca kabaretowy. Pierwszy program kabaretowy, pierwsze festiwale i nagrody. Także trzeba zdawać sobie sprawę, że w momencie gdy powstał Pan Józek czy „Ja wiedziałem że tak będzie” miałem już za sobą kilkunastoletnią drogę sceniczną. W czasach gdy zaczynałem, kabaretów było mniej niż teraz i tylko sporadyczne realizacje telewizyjne – tylko właściwie w TVP2. Triumfy święcił Marcin Daniec – natomiast o młodym pokoleniu myślano nieco po macoszemu. A trzeba jeszcze mieć świadomość, że cywilizacja rozwija się teraz w szalonym tempie. W moich początkach wydanie płyty czy zorganizowanie wielkiej trasy nie było tak oczywiste. Po prosu nikt nie brał biznesu kabaretowego poważnie. Wśród managerów i organizatorów głownie Czesławy Skandale, a wytwórnie płytowe właściwe milczały. Byłem na jednym spotkaniu w ECM i już nie oddzwonili. Rozmawiał ze mną Tomasz Kopeć z propozycją wydani płyty, ale powiedział też, że teksty mam nie śmieszne i właściwie pozamiatał tym tekstem Prawda jest taka, że mało kto wtedy zdawał sobie sprawę z rozmiarów mojej popularności. Pamiętam jaki szok miało Multikino w warszawie. Najpierw chwili zrobić koncert w Sali 300 osób. Potem zadzwonili czy może być sala na 500 osób. Ale bilety cały czas się sprzedawały. W końcu zadzwonili czy druga sala może być na ten sam dzień. Skończyło się dwoma kompletami na 500 osób. Nie mniej nadal w Polsce nie było specjalistów od kabaretu młodego pokolenia, ani wydawców zainteresowanych zjawiskiem. Już kabaret Ani Mru Mru miał do dyspozycji całe zaplecze i managerskie i trasowe. Obecnie kabaret ma już swoją, nieco nadal siermiężną, ale jednak infrastrukturę. Tak to jest gdy się przeciera szlaki. Musze jednak dodać, że zawsze miałem limit występów – 10 w miesiącu – w praktyce było to między 10 a 15. I przez jakieś 10 lat miałem terminy zajęte na 3 miesiące do przodu, także z jednej strony brakowało jakiegoś zorganizowania tych tras, ale z drugiej strony nie mogłem narzekać na brak pracy.
Pracowałem niegdyś w magazynie "Prestiż", w którym to znalazł się obszerny artykuł o Tobie. Jak wspominasz Koszalin, swoje rodzinne miasto?
Urodziłem się w Świdwinie i tam chodziłem do szkoły podstawowej. Dla mnie wyjazd do Koszalina był wyjazdem do większego miasta. Nagle zyskałem możliwość chodzenia na koncerty, do teatru i spotykania ludzi chętnych do działań artystycznych. Koszalin wspominam obecnie z rozrzewnieniem i sentymentem. To był piękny czas pod wieloma względami. Najpierw trafiłem do internatu sportowego – gdyż miałem być sportowcem wyczynowym i trenowałem zapasy. Ale jako że z natury pozbawiony jestem żyłki konkurencyjnej brzydził mnie fakt, że moja wartość zależy tylko i wyłącznie od wyników. A ja byłem spokojnym introwertycznym chłopcem, który fascynował się bardziej radością ze sprawności fizycznej niż z krwiożerczej pogoni za wynikiem. Potem zespół poezji śpiewanej BAŃKA BAND – przeuroczy okres w moim życiu. Pod okiem Haliny Bańkowskiej śpiewała gromada młodych ludzi – i tam zbierałem pierwsze szlify artystyczne. W sumie w poprzednim pytaniu wymieniałem te Koszalińskie etapy. Przede wszystkim cieszyły mnie spotkania z ciekawymi osobowościami, których poznałem niemało. A wiele z tych osób odnosiło i odnosi wielkie sukcesy. Niech wspomnę młodziutkiego Adama Sztabę, który akompaniował mi do pierwszych parodii, teraz wiadomo uznana gwiazda i osobowość. Czy Sławek Kurkiwwicz, z którym próbowaliśmy założyć zespół muzyczny – a obecnie gra z Tomaszem Stańko. Musze tez przyznać, że niewiarygodnie cieszą mnie sukcesy tych starych znajomych, co w szło biznesie nie jest chyba popularnym zjawiskiem.
Czy pracujesz obecnie nad nowymi skeczami? Jeśli tak to może opowiedz naszym czytelnikom jeden z nich. Chyba w wywiadzie prasowym tego jeszcze nie robiłeś?:)
Opowiadanie nowych pomysłów w wywiadach jest tragicznym pomysłem. Pamiętam jak opowiadałem znajomym o pomyślę na „Nie pożyczę ci stówy”. Mówiłem tak: „Wiesz. Wychodzę na scenę. I zaczynam tak: nie pożyczę ci stówy… I potem taki łomot gitarowy. Łomot, łomot, łomot, łomot, łomot… i na koniec śpiewam: Bo nie mam! I koniec”. Na nikim nie robiło to żadnego wrażenia. Każdy komu opowiadałem pomysł mówił tylko: acha. I tyle. A jednak gdy zrobiłem numer na scenie – szał – podobał się i nawet się doczekałem coverów w Youtubie. I tak to jest z tym opowiadaniem pomysłów. Nie podejmuje się. Nad nowym programem pracuję, ale wolno. Zawsze pracowałem dość wolno. Dziesięć razy szybciej pracuje gdy pomagam komuś. Sobie pomagać trudniej. Korzystam obecnie z wolności jaką daje spadek popularności . Na scenie występuję dwadzieścia parę lat. Mam za sobą jakieś 10 lat bardzo intensywnej pracy – w moim przypadku nieco wyniszczającej, ponieważ jestem jednak typem introwertycznym, bardziej zamkniętym w sobie. W ostatnich latach też miałem wiele trudnych sytuacji. Wszelka współpraca z młodymi wykonawcami kończyła się gdy tylko pojawiały się pieniądze. Praca w teatrze jest niesamowita przygodą, ale nie stać mnie już by dopłacać do swojej działalności scenicznej. Nagrywanie filmu trwa już chyba 4 czy 5 lat. Nie liczyłem. Zakończył się też rozkwit i złoty czas kabaretu – do tego kryzys. A na koniec bardzo trudny rozwód, który też mnie wiele kosztował tak psychicznie jak i finansowo. Obecnie dużo siedzę w domu i napawam się ta wolnością. Sytuacja absurdalna. Jestem dużo biedniejszy, mam mniej występów – ale jestem duuuuuużo szczęśliwszy. Gdy tylko przestałem być topowym kabareciarzem, bo spadku popularności nie odczuwam, wręcz przeciwnie, straciłem też wielu „przyjaciół” i znajomych. Acz kieruje się teraz zasadą, że lepszy jeden przyjaciel niż 1000 znajomych. I tych przyjaciół mam na prawdę teraz garsteczkę – i to działa - jakość i ilość nie idzie w parze . Co ważniejsze – ciałek jeżdżenie w trasy daje dużo pieniędzy, ale straszliwe zubaża życie. Teraz spędzam dużo więcej czasu z rodziną , jestem zakochany z wzajemnością i szczęśliwy. Mam rocznego synka, z którym mogę spędzać dużo czasu. Kiedy wyjeżdżam na koncert czuje że zostawiam w domu samotną matkę z dzieckiem – więc zdecydowanie nigdy nie wrócę do szalonego czasu po kilkanaście występów w miesiącu. Co najważniejsze. Oglądam filmy, seriale, czytam i czytam, bo czytanie sprawie mi ogromną radość i słucham dużo muzyki. Robię drobne remonty w domu. Pozbywam się wszystkiego co tylko zawraca głowę. Stałem się zwolennikiem minimalizmu – im mniej posiadasz tym jesteś szczęśliwszy To działa! Tak więc ni samym kabaretem człowiek żyje. Uaktywniam się bardziej na Fejsbuku i szykuje mini studio TV w domu by nagrywać filmiki do Youtube. Natomiast jeśli chodzi o nowy program, powstaje powoli. Stworzenie takich postaci jak Pan Józek trwało latami – i nie ma co oczekiwać, że nagle z dnia na dzień powstaną rzeczy genialne. To wymaga czasu. Nikt się nie czepia Charliego Chaplina ze tyle filmów nagrał jako tramp Jednak czuje że czas odpoczynku mija i trzeba będzie znowu solidniej popracować, ale efekty pracy w swoim czasie się pojawią.
Co sądzisz o obecnej kondycji polskiego kabaretu?
Trzy aspekty są ważne. Pierwszy to taki, że kiedy zaczynałem kabaretów było jak na lekarstwo, ale z roku na rok pojawiały się nowe i dobre. Telewizja też była w rozkwicie. Między rokiem 2000 a 2010 nagromadziło się wiele nowych interesujących kabaretów i dużo programów telewizyjnych. TVP2 od zawsze robiła kabarety, ale pojawiły się też cykliczne programy w TVP2. Sam zainicjowałem cykliczny program kabaretowy w POLSACIE i w Comedy Central. Oczywiście było też sztandarowe HBO ze swoim Na Stojaka. Okres ten nazywam złotym okresem kabaretu, gdyż od 2010 powoli wykruszały się programy cykliczne w telewizji. Nie ma już cyklicznych programów ani w Polsacie, ani w HBO, ani w Comedy Central. Na placu boju pozostało TVP2. Ma to swoje plusy i minusy. Plus taki, że kabarety straszliwie się opatrzyły widowni i było ich w pewnym momencie na prawdę dużo. Siłą rzeczy jak czegoś jest dużo zaczyna powszednieć i spotykałem już takie głosy, że ludzie mają dość patrzenia na te same twarze. Zatem najlepsza byłaby taka pojawialność się kabaretów w TV, która nie zużywałaby twarzy kabareciarzy, ale dawałaby szanse na pojawianie się innych niż Wójcika i Górskiego i kabaretów należących do tych samych agencji co Wójcik i Górski.
No właśnie. Agencje to drugi aspekt. Gdy zaczynałem na rynku było paru starych organizatorów, ale gdy tylko Czesławy Skandale zwęszyły dobre pieniądze pojawiło się tych agencji parę. Parę bo kabaretów nie jest aż tak dużo. I znowu mamy plusy i minusy. Z jednej strony strasznie brakowało infrastruktury i managerów zajmujących się profesjonalnie kabaretami. Pomaga to bardzo młodym kabaretom na starcie. Z drugiej strony niestety agencje konkurują ze sobą i to często w nieuczciwy sposób. Rynek kabaretowy stał się przez to brudnym szołbiznesem jak i inne sfery. I rzeczywiście teraz liczy się bardziej fakt do której należysz agencji. Sam na własnej skórze odczułem niejedną nieuczciwość, ale ostatecznie pozostałem niezależny. Bo mi to bardziej odpowiada. Mniej występów, również w telewizji, ale za to spokojne sumienie. Ale na pocieszenie powiem, że jeśli ma się na prawdę dobre rzeczy na scenie, nadal jest szansa pojawiać się tak w mediach jak i na koncertach. Niech tutaj przykładem będzie CeZik. Chyba, że jest już w jakiejś agencji .
Podsumowując kabaret mocno się skomercjalizował i skończyły się romantyczne czasy i dyskusje z Władkiem Sikora o sztuce kabaretu. Teraz ważniejszy jest pieniądz… czyli tak jak wszędzie .
Trzeci aspekt to internet. Media zaczynają się zmieniać w szalonym tempie. Ilość propozycji w tym około kabaretowych stała się porażająca. We wcześniejszych latach zostaliśmy przyzwyczajeni do tego, że kabaret można było obejrzeć albo na żywo, i do dzisiaj jest to najlepsza forma doświadczania kabaretu, albo w telewizji, z czasem pojawiła się możliwość odtwarzania nagranych na VHS kasetach. Potem DVD. I końcu zapanował internet. Mam wrażenie, że to internet teraz dyktuje telewizji, a nie odwrotnie. Oczywiście ma to tez wpływ na zjawisko kabaretu. Jako że w niejednej rzeczy byłem w dziedzinie kabaretu prekursorem, sam odczułem na podstawie krótkich komediowych filmików formowanych jak Wytwórnia Ayoy, jaką moc ma internet. I droga moich krótkometrażowych produkcji była taka, że najpierw pojawiły się w Internecie, a potem w telewizji. Dzisiaj ta droga zaczyna być coraz bardziej oczywista. Z dnia na dzień pojawiają się również nowe formy jak Facebook, memy itp. Są tego ogromne ilości i kabarety musza konkurować również z tymi formami. Mówiąc prościej obecnie kabarety musza konkurować nie tylko z innymi kabaretami, ale z całym światem obecnym w Internecie. Gdy ludzie wymieniają rzeczy które ich śmieszą, obok kabaretów pojawiają się tez artyści wszelkiej maści z całego świata: Jon Lajonie, Jeff Dunham czy amerykańscy stand-up’owcy. Ponowanie ma to plusy i minusy. Minus taki, że publiczność mając więcej form do wyboru może mniej interesować się kabaretami. Ale plus taki, że dla osób twórczych są to nowe formy przekazu i szansa pokazania się całemu światu. Kolejny minus dla kabaretu to taki, że internet jest niewiarygodnie szybki. Kabaret musi napisać skecz, przećwiczyć go, przygotować na scenę, pokazać w TV. Możliwe, że podejmie temat, który w Internecie jest już przestarzały. Jeśli dzieje się coś na świcie czy w Polsce charakterystycznego pierwsze żarty w różnych formach pojawiają się na drugi dzień. Natomiast kolejny plus Internetu to taki, że omija pośredników. Oczywiście pośrednikiem pozostanie dostawca Internetu i jak w przypadku Youtuba jego właściciel. Ale żadem artysta nie może narzekać, że jakiś producent mu wpływa na ostateczny kształt tego co artysta chce pokazać.
Ja sam co tydzień umieszczam po kolei skecze z mojego ostatniego programu. Nazywam to internetową premiera DVD. Jestem właścicielem nagrań i autorem tekstów więc mam pełne prawa. I pokazuję skecze dokładnie tak jak chciałbym żeby się pojawiały. Telewizja notorycznie wycinała mi zapowiedzi, które bardzo charakteryzują mój styl.
Wracając do "Polskiego Gówna". Ważna postacią przy samej produkcji jest reżyser Wojciech Smarzowski. Jak odbierasz jego filmy i jak ci się z nim współpracowało?
Szczerze powiedziawszy nigdy go nie spotkałem,, chociaż bardzo chciałbym. Z tego co wiem Smarzowski pomagał przy scenariuszu i były to bardzo cenne porady. Natomiast nie wiem o żadnych innych działaniach, poza faktem że próbował pomóc zdobyć pieniądze na film, ale się nie udało. Nigdy nie był na planie filmowym. Reżyserem filmu jest Grzegorz Jankowski i on nadaje ostateczny kształt filmowi. Sadze że pewnie Smarzowski będzie cennym doradcą na etapie montażu. Ale to tylko moje dywagacje. O samym Smarzowskim mogę mówić tylko w superlatywach. Mam poczucie, że polscy reżyserzy są mocno ustawiani na tworzenie epokowych, niesamowicie ważnych historycznie, społecznie moralnie dzieł. Niby nic w tym złego ale brakuje potem lekkości i dystansu w filmach. Powstają filmy niewiarygodnie pretensjonalne. Pretensja aż bije z ekranu – Uwaga! Teraz film o bardzo ważnych kwestiach społeczno historycznych itd.! I powstają pretensjonalne koszmarki. Druga rzecz charakterystyczna dla Polski to aktorski styl dramatyczny, który jest po prostu stylem. Nie podoba mi się jednak jeśli aktor gra taka z ekspresją jak się gra bajki dla dzieci. Mocno, w bardzo przerysowany sposób, nadekpresyjnie. Myślę, że z tych powodów powstaje tak mało udanych komedii w Polsce. A jednak raz na dziesiątki lat pojawiają się perełki. Jednym z moich ulubionych polskich reżyserów, który potrafi robić filmy w niepretensjonalny sposób o rzeczach ważnych jest Krzysztof Zanussi. Jakoś tak mu to wychodzi, że angażuje się w to co widzę na ekranie i jego pytania są dla mnie realistyczne i przedstawione w ludzki sposób. Smarzowski natomiast jest ewenementem. Jego filmy nie są pozbawione, ani aktorskiego rozdzierania szat, ani sugestii, że oto dzieje się coś ważnego, ale robi to bardzo dobrze. Po prostu porusza się swobodnie w tym stylu. Z moich przemyśleń i doświadczeń wynika, że miarą artysty jest jego szczerość oraz umiejętność nadania tej szczerości odpowiedniej formy. Reszta jest tanią udawanką.
Jakiej muzyki słucha na co dzień Grzegorz Halama?
Wszelakiej. Jestem zakochany w muzyce od kiedy pamiętam. A właściwie od kiedy miałem w domu radio i magnetofon ZK 147. Jestem wielbicielem lat siedemdziesiątych począwszy od The Beatles, przez Pink Floyd, Genesis, Led Zeppelin i wszystkiego co wypadałoby z tego okresu znać, acz cały czas zdarza mi się odkrywać nowe perełki. W muzyce klasycznej minimalizm i jeszcze raz minimalizm: Philip Glass, Meredith Monk, Steve Reich, Michael Nyman. Cała zimna fala: z Dead Can Dance i Joy Division na czele, ale też i Cocteau Twins, Pixies Bauhaus, The Cure. Właściwie słucham wszystkiego co pochodzi z kultowej wytwórni 4AD. Także poezja śpiewana czy autorska zaczynając od Brella, Cohena, Brassensa a kończąc na polskich Bukartyku, Wahnowskim, Gałązka… długo by wymieniać. Właściwie wymieniam tylko sztandarowe przykłady. Bo wiadomo że znam i lubię Police i Stinga i tal można by bez końca. W Polsce wychowywałem się na Voo Voo. Bardzo wspominam Lubomski Na Reszcie. Od dziecka byłem fanem muzyki elektronicznej jak Kraftwerk czy Tangerine Dream. Lubię nowa muzykę gitarową jak King Of Convenience czy Bon Iver. Przypadła mi do gustu polecona przez koleżankę Beady Belle. Lubię dziwolągów takich jak Beck czy Syd Barret. Od kiedy zaskoczyłem na muzykę techno otworzyły się nowe obszary. Uwielbiam Daft Punk. Kocham Clannad. Pisze tak co mi przychodzi do głowy, ale można by tak bez końca. Na pewno nie wymieniłem sporo ukochanych perełek. Acha. Polski hip Hop z Liroyem i Sokołem na czele. Różnie bywa z tekstami u innych, bo tysięczny hip hopowiec który śpiewa o tym, że jest oryginalny to chyba przestaje taki być. Ale różnorodność dobrej, oryginalnej muzyki w polskim hip hopie jest genialna. Nie słucham muzyki popularnej bo jest nudna i przewidywalna. O! Tom Waits! Bardzo dużo słucham muzyki programowo. Szukam w Internecie informacji na temat nowo powstającej muzyki i potem tonami odsłuchuję poszukując tego co mi się spodoba. Na pewno nie wymienię tutaj wszystkiego co mi się podoba. Staram się aktualnie słuchane rzeczy wrzucać na fajsbuka. A właściwie tylko te które mi się podobają. Ostatnim wpisem jest Radiohead „Lotus Flower”. Podoba mi się zwłaszcza genialnie tańczący wokalista w teledysku
Dzięki wielkie za wywiad.
Dziękuję i pozdrawiam
Wywiad przeprowadził: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk
Zdjęcia: Dawid Galiński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze