Reklama

Asymmetry 4.0 Festival-Relacja

Kulturka
09/05/2012 22:17
Asymmetry 4.0 Festival- Relacja


„Asymmetry to tygiel alchemika, który poszukuje kamienia filozoficznego, aby tworzyć nowe”- taką wypowiedź Roberta Chmielewskiego, dyrektora artystycznego Asymmetry możemy przeczytać w jednym z wywiadów zapowiadających czwartą edycję wrocławskiego festiwalu. Czy Browar Mieszczański jako nowa przestrzeń festiwalu był krokiem na przód w drodze muzycznych poszukiwań, czy też nieudanym eksperymentem szalonego profesora i jego świty, a może czymś więcej?

Z pewnością tegoroczna edycja Asymmetry przejdzie do historii jako ta najbardziej burzliwa i kolorowa jednocześnie. Nie tylko za sprawą muzycznych eksperymentów, eklektyzmu, który momentami przyprawiał o ból głowy, ale także kwestii organizacyjnych.
Może jednak zacznijmy od początku...


Dzień Pierwszy


„Fangą” w głowę, ścianą dźwięku po trzewiach.

Zaczęło się jak to w filmach Hitchcocka, czyli od prawdziwego trzęsienia ziemi. Wiadomość o awarii auta, którym jechały dwie kapele: Red Fang i Black Tusk w wyniku, którego obydwa koncerty zostały odwołane spadła niczym cios obuchem siekiery w skroń. Po chwili lunęła z nieba ulewa i wydawać by się mogło, że nad całą imprezą dosłownie zawisły czarne chmury. Jednak fanów Sleep, którzy zjawili się we Wrocławiu całym szwadronem, nic nie mogło powstrzymać. Na szczęście organizatorów Asymmetry również.
Zanim przejdę do tego co najważniejsze, czyli samej muzyki, kilka słów na temat miejsca.
Browar Mieszczański i wielki plac o powierzchni 1400 m², w którym się znajduje przenosi nas do przełomu XIX/ XX wieku. Warto zaznaczyć, że wnętrza są nadal utrzymane w surowym stanie, co nadaje tylko uroku temu miejscu. Pomysł by połączyć nowoczesną, awangardową, eksperymentalną muzykę z budynkiem pamiętającym czasy Gierka wydawał się strzałem w 10, natomiast w praktyce okazał się nieco strzałem w stopę dla organizatorów. Ale może o tym co gorzkie później. Teraz posłodźmy jeszcze trochę... bo w sumie czemu nie?!
Atmosfera samego miejsca była wyjątkowa. Jednak tak naprawdę tworzyli ją ludzie, którzy tak tłumnie zjawili się by oddać swoją duszę muzycznej uczcie i smakować w dźwiękach, których nie sposób uświadczyć w jakimkolwiek radiu, czy tv. Browar Mieszczański przypominał prawdziwą Wieżę Babel, gdyż słychać było chyba wszystkie możliwe języki świata. Zapachy zewsząd atakowały zmysł powonienia, ale dominował w szczególności jeden słodki dym (domyślcie się sami jaki).
Gdy wszedłem do głównego budynku, w którym za kilka godzin swoją symfonię zniszczenia miał dokonać kalifornijski kolos Sleep, poczułem przyjemny chłodek. W pomieszczeniu, które prowadziło do głównej areny boju rozstawione były liczne stoiska zarówno z gadżetami wykonawców, którzy tego dnia mieli zagrać, jak i niezależnych wydawnictw płytowych. Morze winyli, płyt CD i nieco zapomnianych już kaset magnetofonowych zdawało się nie mieć końca. Niestety mój portfel nie jest bezdenny i jego zasób był dosyć ograniczony.
Ciekawym rozwiązaniem było pomieszczenie obok sali koncertowej (Forum Stage), w którym to nie tylko można było zakupić złocisty trunek, ale też obejrzeć na wielkiej płachcie obraz kapeli grającej w tym samym momencie obok. Co warte zaznaczenia obejrzeć w spokoju, na siedząco bez ryzyka utraty słuchu. Natomiast totalnym nieporozumieniem była mała salka wielkości sali gimnastycznej w wiejskiej szkole, tzw Medium Stage, na której grały mniej znane kapele mające rozgrzać nas przed daniem głównym. Organizatorzy zapewne nie przemyśleli tego rozwiązania do końca. I tutaj niestety muszę przejść do kręcenia nosem. Forum Stage, które w zamyśle organizatorów miało być główną salą koncertową też ze swojej funkcji nie do końca się wywiązało. Jak się miało później okazać ludzie stłoczeni byli niczym we wrocławskim tramwaju w godzinach szczytu. Wielu musiało obyć się smakiem i obejrzeć zespół z „telebimu”. Punktem kulminacyjnym był niestety koncert gwiazdy wieczoru, czyli Sleep.

A Storm Of Light- Ziemia zadrżała po raz pierwszy

Zanim jednak Al Cisneros i Matt Pike odpalili swoje nisko nastrojone wiosła, zagrała kapela A Storm Of Light, która to pełni rolę supportu podczas całej trasy Kalifornijczyków. Josh Graham wraz z załogą pokazali próbkę swego apokaliptycznego metalu. Nie ma sensu debatować nad tym, czy był to sludge, post metal, czy drone, natomiast można powiedzieć, że było niesamowicie ciężko i hmmm...Neurotycznie. Duch Neurosis i Red Sparowes unosił się nad tymi kompozycjami bardzo mocno. Wyróżniała się opętańczo zachowująca na scenie gitarzystka z długimi blond włosami i t-shirtem z logiem Godflesh. Jednak mniej więcej po 5-6 kawałkach miałem dosyć. Poczułem jak cała sala drży, a każdy dźwięk generowany przez kapelę wbija się niczym tysiące szpilek w korę mózgową i dokonuje gwałtu na mych uszach. Przez chwilę myślałem, że oto zespół dokonuje na nas gwałtu za pomocą decybeli dźwięków, które to można chyba porównać tylko ze startem kilku odrzutowców. Dla mnie to było za wiele. Przyznam szczerze, że zacząłem się obawiać o utratę słuchu.

Sleep- Pochód Tytanów

A przecież wiadomo, że Sleep jeńców nie bierze. Kilkanaście minut przed godziną Zero, cała sala wypełniła się wygłodniałymi „weedeaterami”.
Pierwszy na scenie pojawił się Matt Pike i atmosfera zrobiła się tak gęsta, że aż można by powietrze kroić całymi plastrami. Za chwilę majestatycznym krokiem wszedł Al Cisneros. Panowie wyglądali potężnie i złowrogo. Pewnie gdybym spotkał ich w jakimś ciemnym zaułku to zacząłbym modlić się o przebaczenie. Niektórzy obecni tego dnia na koncercie legendy doom metalu zaczęli to robić po zaledwie kilku taktach pierwszego numeru.
Oprócz materiału z „Holy Mountain i „Dopesmokera” sięgnęli do mniej znanych numerów z niepublikowanych b- sidów: "Sonic Titan" i "Antarticans Thewed", które wypadły podczas tego koncertu po prostu znakomicie.
Brzmienie basu było tak samo mordercze jak spojrzenia Cisnerosa, które zdawało się nie mieć adresata na tej sali tylko gdzieś w jakimś totalnie odległym świecie. Zapewne do którego dostęp mają tylko wybrani. I tak też się poczułem podczas, gdy zespół odegrał „Dragonautę”. Szaleńcze pogo i oddawanie czci Rogatemu zdawało się nie mieć końca. Ochroniarze nie nadążali z zabieraniem blantów (nie rozumiem po co). A słodki dym sprawiał, że cała sala zdawała się pływać w tym piekielnym natężeniu dźwięków. Pomimo, iż nagłośnienie moim skromnym zdaniem było zdecydowanie przesadzone i mogło przytłoczyć słuchacza to brzmienie Sleep było niezwykle klarowne. Najważniejszym składnikiem mikstury o nazwie Sleep to basowo- perkusyjne misteria, które zdawały się być tak ciężkie jak pochód Tytanów, czy marsz jakiś monstrualnych, prehistorycznych potworów. Jeśli dodać do tego brudną, szorstką i piękną w swym prymitywizmie gitarę Matta Pike"a to na usta ciśnie się wiele pochwalnych peanów na cześć twórców „Evil Gypsy”(niestety tego numeru zabrakło podczas koncertu) typu: genialne, perfekcyjne, majestatyczne, etc.
Podłoga zatrzęsła się tego wieczoru jeszcze kilkakrotnie przeszywając nas i rozbebeszając na wskroś. A najlepszym pokazem tego z jaką piekielną (dosłownie) mocą zagrali Amerykanie niech będzie fakt spalonej w trakcie koncertu „głowy” do pieca basowego przez Cisnerosa. Ale nawet to nie powstrzymało Tytanów Stoner- Doom Metalu od spuszczenia nam wpierdziel jeszcze kilkakrotnie, a były to ciosy na tyle mocne, że czuję je jeszcze do tej pory.
Po koncercie stwierdziłem, że teraz trzeba określać świat na ten przed i po zobaczeniu Sleep. Po takiej dawce dźwiękowego gwałtu na mych uszach i całym organizmie postanowiłem wrócić do swojej bazy noclegowej, mimo szczerej chęci zobaczenia Vladimir Bozar" N" Ze Sheraf Orkestar. Cóż, po prostu wymiękłem.
Idąc nocą przez miasto, rozkopany Wrocław jawił mi się jako alegoria całego naszego kraju pogrążonego w totalnym chaosie przed Euro 2012. Niestety ten chaos miał również dotknąć częściowo organizatorów Asymmetry.



Dzień Drugi

Mury zadrżały ponownie


Po zakończeniu pierwszego dnia koncertu wiele mówiło się na temat tego, że nowe miejsce nie do końca spełniło swoją funkcję. Natomiast sam dyrektor artystyczny festiwalu Robert Chmielewski podczas konferencji prasowej, która odbyła się następnego dnia po godzinie 14-ej, stwierdził, że przestrzeń Browaru Mieszczańskiego jest dla festiwalu i jego potencjału za mała. Postanowiono zakończyć sprzedaż biletów na ostatni dzień imprezy, co z pewnością wpłynęło na już i tak nieco nadszarpnięty jej wizerunek. Ludzie, którzy przyjeżdżali z najdalszych krańców Polski by obejrzeć m.in. Killing Joke musieli obejść się smakiem.
Drugiego dnia festiwalu postawiono na eksperyment i uboczne projekty muzyków znanych w światku szeroko rozumianej alternatywy. Niestety nie dojechał z przyczyn mi nadal nieznanych Joe Lally (ex- basista nieodżałowanego Fugazi). Fakt ten nie zmącił sielskiej i dużo spokojniejszej niż poprzedniego dnia atmosfery imprezy. Na dodatek pogoda bardzo dopisała.
Swoją piątkową muzyczną podróż rozpocząłem od kapelki The Fantastiques, która nie do końca porwała mnie swoim prostym post- punkowym, nieco stoner (dobrze) rockującym graniem. Ale to młode chłopaki, więc jeszcze wiele przed nimi.
Tak jak wspomniałem ten dzień był znacznie spokojniejszy od poprzedniego, choć frekwencja była nadal bardzo dobra.
Pierwszą tak naprawdę godną odnotowania załogą był duet, Kunz.
Ich muzyka przywoływała mi na myśl czeski Sabot, czy momentami Today Is The Day. Sama sekcja rytmiczna: bas i perka, a także obłędny wokal dał porażający efekt. Muzyka zespołu oscylowała na granicy wielu stylów: od post metalu, sludge, noise"u, rocka progresywnego, jazzu, czy nawet grind core"u. Osobiście brakowało mi tylko jakiejś klamry spinającej ten bezwstydnie szalejący eklektyzm, a także bardziej wyrazistego stylu zespołu. Ale to pewnie przyjdzie jeszcze z czasem.
Po tym niezwykle energetycznym występie przyszła pora na sludge"owy Ocean.
Okazało się, że dwóch wspomnianych wcześniej muzyków nie miało tego dnia jeszcze dosyć i pozostało na ok. godzinę na scenie. Tym razem jednak zagrali w kwintecie. Całą uwagę skupiał na sobie szalejący wokalista rzucający się jak w ukropie w stronę publiki i miotający na scenie niczym opętany przez moce piekielne. Mimo, iż muzyka grupy do przesadnie nowatorskich nie należała, to kapela grająca od blisko 11 lat ma już wyrobiony własny styl. To nie tylko ISISowe balansowanie na granicy różnych klimatów i nastrojów, Neurosisowa wściekłość, czy ciężar Cult Of Luna, ale też jakieś niekontrolowane szaleństwo i transowa psychodelia.
Po „Oceanie” przyszła pora na jedną z najbardziej wyczekiwanych grup tego wieczoru, a mianowicie projekt muzyków z takich kapel jak Ulver, czy Sun O))) o wdzięcznej i równie tajemniczej nazwie, Æthenor.
Po dość długiej przerwie spowodowanej podłączeniem wszystkich elektronicznych cacek, które obsługiwali muzycy tej iście światowej załogi. Muzycy pochodzący z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Norwegii nie mieli problemu z dogadaniem się na scenie. W końcu nie od dziś wiadomo, że muzyka to najbardziej uniwersalny język.
Dźwięki generowane przez tą efemeryczną grupę to w dużej mierze improwizacja i muzyka ilustracyjna. Dominował ambient i drone, a także psychodelia. Z pewnością nie był to najłatwiejszy w odbiorze koncert tego w sumie eksperymentalnego dnia festiwalu.
Po koncercie Æthenora przyszedł czas na włoską grupę Mombu, która zagrała na Medium Stage.
To nowy projekt saksofonisty z włoskiej kapeli Zu – Luca T. Mai stworzony z Antonio Zitarellim, perkusistą zwariowanej włoskiej grupy Neo. Ich muzyka to mieszanka afrykańskich rytmów, pomieszanych z jazzem, hard-core’em oraz metalem. Skład grupy na koncercie dopełnił gitarzysta, który w spodniach moro i koszulce z napisem Cannibal Corpse siał postrach.
Muszę przyznać, że ponownie wszechogarniający hałas zwyciężył z moją wolą poznawania nowych dźwięków i po około dwudziestu minutach zwiałem stamtąd. Dzięki czemu mogłem zająć miejsce przy samej barierce Forum Stage. Na scenie usadawiała się kolejna kapela, Obake.

Obake- darmowe kupony na piwo i największe pozytywne zaskoczenie festiwalu


To projekt włoskich muzyków znanych z takich kapel jak: Zu, czy Merzbow. Ich występ miał dla mnie znaczenie szczególne, gdyż tego wieczoru w ich składzie na basie miał zagrać Trevor Dunn. Basista znany z takich kapel jak: Mr Bungle, Fantomas, czy Trevor Dunn Convulsant Trio to postać bardzo ważna dla niezależnej sceny rockowej i eksperymentalnego jazzu. Widziałem już jegomościa kilka lat temu wraz z Fantomasem w warszawskiej „Stodole” i wtedy jego gra zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Miało się jednak okazać, że to nic w porównaniu z koncertem Obake.
Muszę przyznać, że występ włosko- amerykańskiego kwartetu był dla mnie wielką tajemnicą, a po jego zakończeniu okazał się jednym z najciekawszych podczas Asymmetry. Jeszcze przed rozpoczęciem swojego setu dosłownie kupili publiczność rozdając im kupony na piwo. Przed sceną było wyjątkowo dużo miejsca, więc szczęśliwcy zdołali zamienić kawałek kartki na złocisty płyn i gasili swe pragnienie. Za chwilę zespół ugasił również i moje pragnienie... usłyszenia czegoś wyjątkowego i ciekawego. Obake już od samego początku jawił się jako grupa wesołków, w czym prym wiódł gitarzysta z perkusistą. Ich głośne wybuchy śmiechu słychać było zza kulisów. Po ustawieniu manekinów na swoim miejscu i wrzuceniu w naszą stronę owych kuponów podziękowali nam za koncert i zeszli ze sceny by dopiero po kilku minutach na nią wrócić. Natomiast manekiny posłużyły jako rekwizyty. Muzykę zespołu ciężko scharakteryzować gdyż jest niezwykle złożona. Można doszukać się w niej zarówno elementów ciężkiego metalu zahaczającego o doom, wpływów Faith No More. Z tym ostatnim bandem szczególnie może kojarzyć się wokalista używający podobnego zestawu pogłosów i efektów wokalnych co Mike Patton, a skalą głosu wcale nie ustępujący frontmanowi Tomahawk. Widać było jak wielka pasja i radość płynie ze wspólnego grania tych nie najmłodszych już panów. Ich sceniczne zachowanie, a także muzyka idealnie współgrają z nazwą bandu, która to oznacza „nadnaturalne stwory, istoty występujące w japońskim folklorze. Nazwa pochodzi od czasownika bakeru oznaczającego: zamianę, przybieranie kształtu/formy, przeistaczanie się, zmiany wyglądu.”*
Wracając do basisty i jego gry to na usta ciśnie mi się jedno określenie: Profesor. Trevor Dunn zachowywał się jakby grał całym swoim ciałem, a dźwięki generowane przez jego bas swym ciężarem można przyrównać jedynie do Ala Cisnerosa... z wiadomo jakiego zespołu.
Skoro opisuję muzyków tak personalnie to nie można nic nie napisać o grze legendarnego gitarzysty i producenta Eraldo Bernocchiego. Muzyk współpracujący na co dzień z takimi artystami jak: Bill Laswell, czy trębaczem Toshinorim Kondo, znanym z gry u boku Johna Zorna i Herbie Hancocka. Włoch potrafił zagrać niezwykle ciężko, ale też i przestrzennie. Liczne efekty gitarowe, których używał tworzyły klimat iście kosmiczny. Węgierski perkusista zespołu, Balazs Pandi znany z gry w takich grupach jak: Zu, Merzbow, czyThe Kilimanjaro Darkjazz Ensemble również jak przystało na artystę poszukującego często zmieniał środki wyrazu, bębnił z piekielną siłą i takową precyzją. Grupa zakończyła swój koncert grubo po drugiej w nocy.
Muzyka kapeli wielokrotnie przenosiła mnie do innej rzeczywistości. Po raz pierwszy na Asymmetry zostałem totalnie powalony na łopatki (nie licząc koncertu Sleep oczywiście).



Dzień Trzeci
Skąpani w mgle i zlani potem



Ostatni dzień Asymmetry to przede wszystkim oczekiwanie na główną gwiazdę festiwalu, czyli grupę Killing Joke. Zanim zagrała ekipa Jaza Colemana, miałem przyjemność uczestniczyć w dwóch ciekawych koncertach. Pierwszym z nich był występ czeskiego Kiss Me Kojak.„Ambasador polskiej sceny hardcorowej w Czechach”- takim mianem określany jest często lider kapeli, niejaki Hukot. Basista znany z legendy czeskiego hard- core"a, Thema Eleven przyjechał na Asymmetry z kapelą, którą można określić jako noise- core. Już sam skład grupy jest interesujący i przyciąga: perkusja, dwie basówki i trębacz, który podczas piątkowego koncertu często chwytał za klawisze i inne instrumenty elektroniczne. A jaka jest muzyka kapeli na żywo?
Przede wszystkim niezwykle energetyczna i mimo histerycznie brzmiącego, apokaliptycznego wręcz wokalu daje pozytywnego kopa. Do gustu mogła też przypaść ich wersja klasyka Joy Division, „Love Will Tear Us Apart”.
Gdy swój występ kończył kwartet z Czech na scenie Forum Stage instalował się najmroczniejszy jazzowy band świata, Bohren Und Der Club Of Gore.
Ich scenografia, a także oprawa świetlna były niezwykle oszczędne. Facjaty muzyków praktycznie niewidoczne, skąpane w mgle rozświetlały jedynie lampki zawieszone nad ich głowami. Niekiedy widać było tylko logo grupy umieszczone na bębnie basowym perkusisty.
Muzyka Niemców bardzo często określana mianem doomjazzu, czy ambientu, ma charakter czysto kontemplacyjny, ilustracyjny i od zawsze kojarzy mi się ze ścieżką dźwiękową do starych horrorów. Aż dziw, że dotychczas nie została wykorzystana w żadnym filmie.
Muszę jednak przyznać, że tak duża jej dawka podczas Asymmetry mnie zmęczyła i mniej więcej po pół godzinie czasu musiałem sobie po prostu odpuścić.
Do końca ich koncertu jeszcze kilkakrotnie zmieniałem miejsce swojego pobytu, co jakiś czas wracając na główną salę.


Killing Joke- totalna rozwałka na koniec świata

Po przerwie na zmianę sprzętu i scenografii przy ogłuszających krzykach publiki na scenę wszedł jako pierwszy basista grupy, Martin „Youth” Glover. Chwilę po nim pojawili się
gitarzysta, Geordie Walker i perkusista, Paul Ferguson. A jak na prawdziwego frontmana przystało ostatni wyskoczył Jaz Coleman- odziany jak zwykle w czarny uniform i z pomalowaną na czerwono-czarną twarzą. Panowie wystąpili w oryginalnym składzie, w którym nagrywali pierwsze albumy, w towarzystwie ich etatowego od kilku lat klawiszowca, Rezy Udhina. Grupa promowała swoje ostatnie, znakomite dzieło („MMXII”, 2012). Toteż skupiła się na prezentacji nowego materiału. Szczególnie ciekawie wypadły takie utwory jak otwierający płytę monumentalny, wypełniony licznymi zmianami tempa „Pole Shift”, „Colony Collapse” (prywatnie mój faworyt), punkowy „Corporate Elect”, singlowy, nieco „cure"owy” i nawiązujący do klimatu lat 80 „In Cythera”, czy najcięższy na albumie, hipnotyczny, „Fema Camp”.
Nie mogło jednak zabraknąć Killing Joke"owej klasyki z takimi kawałkami jak: „Wardance” (Walka na Asymmetrowym froncie się zaczęła na dobre!!!), „The Wait” (Co za ogień!!!), czy „Change”. Pierwszym utworem, którym naprawdę dorzucili do pieca był mniej więcej zagrany w połowie koncertu „Asteroid” przy którym praktycznie cała publika ruszyła do wesołego pogo. Po niewiele ponad godzinie czasu angielski kwintet zniknął ze sceny by przy ogłuszającym aplauzie publiki wrócić na cztery bisy, wśród których znalazły się takie perełki jak największy chyba przebój grupy, „Love Like Blood” z płyty „Night Time” (1985). Kawałek, który ma znamiona utworu wręcz dyskotekowego zabrzmiał naprawdę potężnie, a stary Gibson Geordiego krzesał płomienie. Nieco bardziej w tle niż na wykonaniu z albumu znalazł się syntezator, którego brzmienie tworzyło niepowtarzalny klimat kawałka. Coleman śpiewa już w pierwszej zwrotce:
„Musimy grać w życiu niczym żołnierze na polu bitewnym
Życie jest krótkie, a ja biegnę wciąż szybciej
Przeznaczeniem piękna i siły jest zgnić
Więc utnij różę w pełni rozkwitu”
A mi opada szczena do samej podłogi.
Jako ostatni numer zagrali zgodnie z przewidywaniami „Pandemonium” z genialnego albumu o tym samym tytule. Mi osobiście zabrakło większej reprezentacji z tej doskonałej płyty. Panowie mimo, iż już dobrze po pięćdziesiątce to jednak przez cały koncert się nie oszczędzali utrzymując równy (czytaj: doskonały) poziom. Czuć w ich grze chemię i bardzo dobre zgranie. Genialnie i niezwykle równo zagrał na garach Paul Ferguson, choć i jemu w kilku momentach zdarzyły się drobne potknięcia. Jaz Coleman zachowywał się jak jakiś szaman, wykonując ten swój obłąkańczy taniec. W plebiscycie na dziwne i złowieszcze miny wyprzedził całą konkurencję, włącznie z Alem Cisnerosem. Zagrali grubo ponad półtorej godziny , a z nas wycisnęli pot niczym mokrą szmatę. Po takim koncercie można powiedzieć, że warto było pojawić się na Asymmetry choćby po to by zobaczyć szalone misterium Killing Joke.
Oczywiście podczas koncertu Brytyjczyków nie zabrakło zgrzytów organizacyjnych. Otóż organizatorzy chcąc zapewnić większe bezpieczeństwo zgromadzonej publiczności i jednocześnie umożliwić wejście większej liczbie ludzi, którzy zakupili wcześniej bilety, zmniejszyli tzw fosę, czyli miejsce wydzielone pod sceną dla fotografów. Przez chwilę nie wiadomo było czy w ogóle będzie można robić jakichkolwiek fot z tego koncertu i rozgoryczeni fotografowie biegali niczym w ukropie by dowiedzieć się czegoś sensownego. Z marnym skutkiem zresztą.
Fosa była tak wąska, że mogło w niej zmieścić się maksymalnie pięciu fotografów, a czasu na zrobienie zdjęć podczas jakby nie patrzeć kulminacyjnego koncertu festiwalu było jak na lekarstwo (zespół zezwolił na robienie zdjęć podczas pierwszych trzech koncertów).

Quo Vadis Asymmetry?

Pomimo tych wszystkich niedociągnięć festiwal zapamiętam jako co najmniej udany, pełen magicznych chwil i uniesień. Teraz przed organizatorami wiele pracy, by w przyszłym roku uderzyć pełną parą, a mi na usta cisną się następujące pytania:
-Quo Vadis Asymmetry? Gdzie odbędzie się kolejna edycja festiwalu? Czy możliwym jest przekształcenie imprezy w plenerowy festiwal jednocześnie zachowując jego kameralny i niezależny charakter?
Za cztery lata Wrocław zostanie Europejską Stolicą Kultury, a przed organizatorami Asymmetry z pewnością już teraz stoi ogromne wyzwanie.
Robert Chmielewski, dyrektor artystyczny festiwalu Asymmetry o swoich działaniach zwykł mówić: „Chcemy być o krok przed innymi w swoich poszukiwaniach muzycznych”. Z pewnością kilka dni po jego zakończeniu to czas zbyt krótki by móc stwierdzić, że muzyczne hybrydy i eksperymenty, które mogliśmy podziwiać na arenie Browaru Mieszczańskiego są w stanie wykreować coś nowego.
Tak czy inaczej: Panie Chmielewski chcemy więcej!!!

Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk

Pod tekstem djęcia z koncertu Sleep autorstwa Pawła Wygody.
Wkrótce pełna foto-relacja z imprezy!!!
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama