Co roku wielu rodziców wpada w totalny obłęd, bo „dziecko ma komunię”. Jedni załamują ręce, bo to kosztuje, myślą, skąd wziąć dodatkowe środki (bo to, czym dysponują na co dzień nijak się nie da rozmnożyć), często biorą kredyt. Inni z kolei rozciągają w nieskończoność listy gości, których trzeba i tych, których wypada zaprosić. Robią się z tego niezłe tasiemce, niemal jak na niewielkie wesele. I też biorą kredyty, bo szykuje się impreza.
Potem ta druga grupa szuka lokalu, bo ta pierwsza to już wie, że przyjęcie będzie w skromnych progach ich miejsca zamieszkania. Restauracje i kluby nie są instytucjami charytatywnymi i zwyczajnie chcą zarobić. Wykorzystują więc passę, podobnie jak przy sezonach weselnych. Ceny „od głowy” czy raczej „od talerzyka” oscylują w granicach 140 zł i wyżej.
A to przecież nie wszystko. Kiecka dla mamusi też nie może być poślednia – trzeba nieco pojeździć, by zdobyć stosowne odzienie. Rodzeństwo komunijnego dziecko w coś się tam oblecze, podobnie jak tatusia. Został jeszcze transport i muzyka na przyjęciu. No co, nie ma się co dziwić. Coraz częściej coś lub ktoś przygrywa i to wcale nie pieśni z gatunku religijnych. Co zaś do transportu, to w naszej okolicy jeszcze nie słyszałam o wynajmowanych z okazji komunii limuzynach, chyba, że się mylę? Zapomniałabym z tego wszystkiego o stroju do komunii. W wielu parafiach proboszczowie proponują skromne alby zamiast wypasionych sukienek małych księżniczek i sztywnych garniaków dla 8- latków. Rodzice w większości dostosowują się do tego, choć czasem mocno protestują, że „dziecko nie będzie w byle czym występować”. Wróćmy do przyjęcia skromniejszego, bardziej autorskiego i domowego. Ile razy słyszymy w sklepie czy na zieleniaku, że cena pomidora czy ogórka poszybowała w górę, bo „no przecież są komunie”.
Oddzielny problem, i to wcale nie mały, stanowią prezenty. Niejeden chętnie by zrezygnował z uczestniczenia w tym cyrku, ale nie bardzo mu wypada. Bo może jest chrzestnym lub bliską rodziną i zainteresowani liczą na jego niezawodne przybycie, a przede wszystkim na hojną rękę. Nie jest moim celem wyliczanie w tym momencie co i ile wypada dać, a czego i mniej ile, już absolutnie nie. Przyjdzie jeszcze na to czas.
Śpieszę też z wyjaśnieniem, że określenie „cyrk” tyczy się części rozrywkowej, nie zaś samego przyjmowania sakramentu, jakim jest I Komunia Święta. Od lat obserwujemy totalne wypaczenie idei tego wydarzenia. Dzieci najbardziej interesuje, głównie dzięki działaniom dorosłych z najbliższego otoczenia jakie dostaną prezenty i ile kasy. To bardzo źle, bo nie zastanawiają się nad duchową sprawą wcale, albo idzie ona natychmiast w zapomnienie, a potem zaczyna się licytacja wśród rówieśników, co z żadnego punktu widzenia nie jest ani trochę moralne.
Kiedyś z okazji I Komunii Świętej dzieci dostawały obrazek, stosowną pamiątkę, zegarek itp. Nieco bardziej odświętny obiad zaś odbywał się w gronie rodzinnym z chrzestnymi i nie było takiego bzdurnego szaleństwa.
balbina
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze