Reklama

Arktik Trophy 2008 - Pięć trollów i Bławatek - felieton Jurka G.

Zebra Off-Road Klub Sochaczew
09/12/2008 08:48
Światła Gelendy nagle i gwałtownie skręciły w bok, iluminując jednocześnie chaszcze i czubki lichych przydrożnych brzóz. Z złowrogim chrzęstem samochód stanął jak wryty, na przełaj zimnika. Akurat w tym miejscu, naszpikowana głazami błotnista nawierzchnia tzw. „drogi” była widoczna, nie znajdywała się pod metrem wody. Zatrzymaliśmy się i my. Dwieście metrów przed nami, w ciemności czarnej jak u Afrykanina pod pachą, po skalistych wybojach bujały się światła UAZ’a Siergieja. Gdy wyłączyłem silnik Tomcata, słyszałem wyraźnie nie tylko warkot jego silnika, ale i też zgrzyt mostów o wystające czubki wszechobecnych kamieni i bulgot wydechu zanurzonego pod powierzchnią „drogi”.

Gleb Valentinowicz wyskoczył z rannej terenówki z latarką w ręku. Oświetlił nią przód samochodu. Brakowało koła po stronie kierowcy. Również piasta była nieobecna. Zaklął siarczyście – „J…… twoju mać!”

Z Peltzami na czole, na czworakach, czołgaliśmy się w błocie, szukając brakujących części zwrotnicy. Ktoś znalazł wewnętrzną część łożyska, ktoś inny, połówkę tarczy hamulcowej.

„Stała się wielka tragedia!” – skwitował Gleb, oglądając połamane, wygięte szczątki. – „Nada tu zostać, a u mienia, tolko 5 litrów samogonu!”

A miało być tak pięknie.

Kumowisko trollów, subloża warszawska, fakultet wycieczkowo-średnio-północny i dalszy, na tegorocznym nieustającym zjeździe, obradując pod patronatem i nieomylnym okiem wodza (incognito na zdjęciu nr 1) ustaliło jedyny słuszny kierunek. Półwysep Kolski, za kręgiem polarnym, 1400 km na północ od St Petersburga, gdzie w wrześniu 2008, dziewięciodniowy rajd Arktik Trophy będzie powtarzany po raz dwunasty. Rajd szybki, jechany, po widowiskowych krajobrazach polodowcowych przysporzy wiele wrażeń, a gościnność tubylców niewątpliwie okrasi ww. wrażenia, co jest generalnie statutowo wskazane.

Tak właśnie miało być, z ługiem, sałem i mocnym trunkiem. Miało być skalisto, trudno, lecz bez błota.

Było…inaczej.

Cóż, start na pierwszym odcinku był piękny, pogoda też (zdjęcie nr 2 – Orange Rover/Land Lovers na starcie). Przez uroczy, nieco skalisty płytkawy ruczaj startowało 28 samochodów. A potem była niespodzianka. Błoto. To nie było zwykłe wodniste ruskie bołoto znane nam z Ładogi, gdzie błotnisty odcinek się wyraźnie kończył twardym podłożem, na który mógł się w końcu samochód wciągnąć i sobie trochę na kołach pojechać, a tym samym, pilot nieco odpocznie, a każdy OS kończył się wieczorem w cywilizowanym obozowisku. To było wyjątkowo kleiste, nigdy nie kończące się błoto. Błoto, które przenikało las, błoto które pełzło po zboczach wyżyn, pozornie udających wysepki twardości w połaci krajobrazu. To było błoto na trzy dni podróżowania, bez możliwości tankowania, bez możliwości serwisu poza tego co się miało na pace, bez jakiegokolwiek dostępu do cywilizacji. (foto nr 3 – wlepiony, ledwo udało się wyciągnąć mechanikem na zbloczu).

Ze startujących 28 załóg, tylko 7 ukończyło trzydniowy błotnisty maraton, wśród nich Orange Rover z dzielną załogą trolla Turchana nadzorowanego przez Bławatka. Na naszych wąskich Simexach (foto nr 4 – nie na takich oponach się jeździ u nas), z trudem ukończyliśmy pierwszy odcinek (pierwszy dzień foto nr 5 – jazda w błocie). Na drugim, na dwa kilometry przed końcem, wlepiliśmy się na dębowo. Po wykoszeniu wszystkich drzew w promieniu 100 metrów, nocowaliśmy na bagnie, a rano, wyciągnął nas ważąca 11 ton ruska amfibia na gąsienicach (foto nr 6 – TK130 to co każdy offroader chce dostać pod choinkę).

Pokonanie ostatniego, trzeciego odcinka błota zajęło nam dwa dni. „Droga” wyraźnie się poprawiła (foto nr 7 – zimnik). Zimnik gdzieś metr pod powierzchnią wody był wybrukowany wrzuconymi do niego głazami, które, niewidoczne, niemiłosiernie bębniły o wszystkie wystające pod samochodem metalowe elementy i atakowały drążki kierownicze itd. Ale dało się jechać. Jechaliśmy we trójkę, niedobitki z błotnistych etapów, wraz z Glebem w Gelendzie i Sergiejem w UAZie, byli to Rosjanie z Murmańska.

Urwane koło unieruchomiło nasz konwój na dobrze. By odstraszyć misiów, rozpaliliśmy wielkie ognisko i w otchłaniach grząskiej puszczy, w mokrym gaju, rozbiliśmy obóz. Rosjanie wyciągnęli kanistry z bimbrem. Okazało się, ze tragedia malała z każdym stakańczykiem trunku.

Gdy pojawiła się załoga TK130 wraz z samochodem Norwegów na lince z tyłu, już było całkiem wesoło. Dołączyli do nas. Okazało się, że holowani spalili na bagnach sprzęgło, wymienili je, by dziesięć minut później zassać wody i zatrzeć silnik. Nieszczęśnicy. Wystąpiła konieczność wymazania z pamięci wyroku losu. Wódka znikała w szalonym tempie, groziło wielką tragedią, że zabraknie. Lecz TK130 to wielka bestia, ma wiele zakamarków, a we wszystkich są wetknięte kanki z najlepszym samogonem.

Istotnie przedni to był samogon. O dziwo, nikt rano nie miał kaca. TK130 zawróciło by ratować następnych rozbitków, demolując przy tym znaczne połacie lasu. Norwegów na hol wziął Tomcat. Zostawiliśmy Rosjan, którzy postanowili w dwa samochody czekać na serwis i naprawić koło w miejscu i ruszyliśmy w kierunku najbliższej utwardzonej drogi. Zgodnie z GPSem, to tylko 50 kilometrów zimnika.

Ale zimnik to nie droga. I holowanie Gelendy ważącej, wraz ze sprzętem, ponad dwie tony, to nie wycieczka po deptaku z wózkiem dziecięcym (foto nr 8). Przynajmniej połowę trasy pokonywaliśmy na wyciągarce z Gelendą podpiętą do tyłu Tomcata (foto nr 8), wykonywaliśmy po drodze prace pionierskie, budowaliśmy mosty (foto nr 9), usuwaliśmy przeszkody. Pokonanie 50 kilometrów zajęło nam ponad 18 godzin.

A gdy wreszcie o północy dotarliśmy do prawie bezludnej wiochy, gdzie dało się wynająć w porzuconym i zdewastowanym (ale ogrzanym) bloku „apartament”, zaczął się OS 3.5. Polowanie na szczury. Najpierw trzeba było je wypłoszyć świecą dymna, a następnie wystrzelać (foto nr 10). Dalszy komentarz jest zbędny.

Pozostała część imprezy to banał. Nareszcie udało się nam dołączyć do pozostałych trollów i włączyć się znów do rajdu. Rzeczywiście, tu odcinki były szybkie, bez większego błota. Z tym, że trasa była bardzo kamienista (foto nr 11– kamienista droga). Z pięknymi widokami (foto nr 12), a infrastruktura była wykonana zgodnie z normami ruskimi (foto nr 13 – nie należy korzystać z mostów, są tylko na pokaz).
No i jakie wnioski?

Po pierwsze, opony. Muszą być szersze. Po drugie, wódka, należyty zapas już został zgromadzony, ale niestety estońskie służby celne go znaleźli w trakcie transportu do miejsca spożycia (foto nr 14 – estońska izba celna). A po trzecie…trzeba jeszcze raz się wybrać, poprawić wyniki i przeżyć ponownie ten wyjątkowy offroad, który tylko istnieje za wschodnią granicą.

Pięciu trolli i Bławatek to (foto nr 15) - Roman Wiśniewski, Darek Zapisek, Bławatek, Robert Gabrielczyk, Krzysztof Turchan. Autor, Jerzy Gabrielczyk nieobecny, usprawiedliwiony.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama